Na
przedmieściach Garden Grove stał parterowy domek. W ogrodzie na huśtawce
siedziała drobna dziewczęca postać ubrana jak słodka hipiska. Delikatny wiatr
rozwiewał jej mocno kręcone włosy o barwie cynamonu. Czysto zielone oczy
patrzyły w zadumie przed siebie. Na twarzy błąkał się delikatny uśmiech, a w
dłoniach spoczywała różdżka. Dziewczyna doskonale pamiętała moment jej
kupienia, nie mogła uwierzyć, że było to już ponad 8 lat temu. A tą dziewczyną
była Cheryl Bryant, córka Marca Bryant'a uczennica Uniwersytetu Magii
Lapsaetis.
***
– Tato, tato! Kruk przyniósł list! - krzyczała podekscytowana dziesięcioletnia Cheryl. Wpadła wprost w ramiona ojca.
– Tato, tato! Kruk przyniósł list! - krzyczała podekscytowana dziesięcioletnia Cheryl. Wpadła wprost w ramiona ojca.
– No
to otwórz. - powiedział jej ojciec uśmiechając się tajemniczo. Drobna dziewczynka
niecierpliwie rozerwała elegancką kopertę i wydobyła list. Czytała w skupieniu,
a między jej brwiami pojawiła się ledwie widoczna zmarszczka.
– A
co to jest ten Uniwersytet Magii Lapseatis? I skąd mam wziąć różdżkę?
– Myślę,
że wiesz. Magia to magia. Chyba nie muszę ci tłumaczyć. W końcu to ty jesteś
specjalistką od bajek czarodziejach. - w czach dziewczynki błysnęły wesołe
iskierki.
– I
ja też jestem taką czarodziejką?
– Może
nie taką samą jak w bajkach, ale zasadniczo tak. - Cheryl jeszcze przez kilka
sekund wpatrywała się w tatę, a potem na jej twarzy zagościł szelmowski
uśmiech.
– To
kiedy idziemy na zakupy?
***
Cheryl
z ojcem weszli do małego, ale zadbanego sklepiku. Była to siedziba Sullivan'a. Był to krzepki mężczyzna w średnim wieku, który miał budowę emerytowanego kulturysty. Uznawany był za najlepszego wytwórcę różdżek w całej Ameryce Północnej. Ledwie Cheryl przekroczyła
próg sklepu Sullivan wydał z siebie okrzyk i od razu sięgnął po
schowane pod ladą pudełko.
– Ta
będzie idealna, jestem pewien. - powiedział wręczając je dziewczynce. Ta
natychmiast je rozpakowała i wyjęła ze środka różdżkę.
– Buk,
10 i ćwierć cala z włóknem ze smoczego serca, giętka. Proszę machnąć. - jednak
Cheryl nie potrzebowała zachęty. Jak tylko wzięła przedmiot do ręki natychmiast
poczuła delikatne mrowienie w palcach. Uniosła różdżkę nad głowę i machnęła nią
w dół. Z końca różdżki trysnęły oslepiajaco niebieskie iskry. Sullivan spojrzał na nią i na
jego twarz wpłynął jakby cień uśmiechu.
– Nie
musisz się przedstawiać kochanie. Bryant, tak? Wszystkie w waszej rodzinie są
takie same. Zawsze buk. Ale musisz uważać kochanie. Bo...
– Wystarczy. - uciął
ostro Marc. - Dziękujemy za pomoc. Ile się należy?
– 8
galeonów. - Marc zapłacił i natychmiast opuścił sklep. Spojrzał na córkę. Była
zbyt zaaferowana nowym przedmiotem, aby zwracać uwagę na cokolwiek innego. Może nie zapamięta. łudził się
Marc.
***
Z
błyszczącymi z podniecenia oczami i delikatnymi wypiekami na policzkach Cheryl
wsiadała do pociągu, który miał ją zawieźć do jej nowej szkoły i domu na
najbliższe dziesięć miesięcy. W tamtym momencie niespecjalnie zastanawiała się
nad tym, że zobaczy tatę dopiero na święta. Wsiadła do przedziału w mniej
więcej środkowym wagonie. Usłyszała gwizd i jeszcze wybiegła na peron. Kolejny
raz uściskała tatę i dała mu buziaka w policzek.
–Zgoliłeś
brodę. - stwierdziła śmiejąc się. Kolejny gwizd. Cheryl wbiegła do pociągu i bez
trudu odnalazła swój przedział. W końcu w drzwiach siedział jej kot,Atilla.Był
to prawdziwy skarb Cheryl. Dość duży i mocno zbudowany, z półdługa sierścią.
Rudy o inteligentnym spojrzeniu. Słowem norweski kot leśny. Cheryl wbiegła do
przedziału i natychmiast znalazła się przy szybie. Rozległ się ostatni gwizd,
pociąg ruszył. Cheryl stała przy oknie i machała do taty tak dług, aż zniknął.
Do przedziału weszła dziewczynka w wieku Cheryl.
–Wolne? - spytała.
Cheryl kiwnęła głową i przedstawiła się. Dziewczynka opadła na siedzenie
naprzeciwko.
–Ja
jestem Colleen Cox. - odpowiedziała dziewczynka. Cheryl przyjrzała jej się
dokładniej. Miała rudoblond włosy splecione w luźny warkocz, a jej oczy barwą
przywodziły na myśl sztylety. Był odrobinę niepokojący w swym stalowym
chłodzie. Jakby och właścicielka dokładnie znała każdy nasz krok z
wyprzedzeniem. Colleen była średniego wzrostu i miała na sobie kolorowe
legginsy i zielony sweter, a na nogach balerinki. Cheryl miała wrażenie, że
Colleen także przygląda się jej strojowi. Cheryl wyglądała jak słodka hipiska i
trochę tak się czuła. Chwilę ciszy między dziewczynami przerwał Atilla, który
głośno prychnął i ostentacyjnie odsunął się od Colleen, na co dziewczyna
wybuchnęła śmiechem.
– Wszystkie
zwierzęta ode mnie uciekają. - stwierdziła.
***
– Hej! - zawołała
nagle Colleen, przerywając ożywioną rozmowę. – Lecimy!
– Jak
to? - zdziwiła się Cheryl podbiegając do okna. Colleen miała rację pociąg unosił
się w nad ziemią i zbliżał do ogromnej, kilkupiętrowej budowli. Dziewczynki
wpatrywały się szeroko otwartymi oczami w coś co nie miało prawa istnieć.
– Ty
też to widzisz? - spytała Cheryl, na co Colleen tylko wolno pokiwała głową.
– Zamknijmy
oczy na kilka sekund i spójrzmy jeszcze raz. - zaproponowała Colleen. Dziewczynki
zgodnie zamknęły oczy, jednak gdy je otworzyły to nadal tam było. Wciąż
patrzyły na połączenie odnowionego pałacu i nowoczesnego uniwersytetu. Widziały
gigantyczne okna na wieżach, ogromne szeroko otwarte wrota
frontowe.ajdziwniejszy w tym wszystkim był fakt, że cały kompleks był
zawieszony kilkanaście metrów nad ziemią. Bez żadnych kolumn, podpórek, bez
niczego. Uniwersytet Magii Lapseatis po prostu był. Był nad ziemią.
– Jak
dostaniemy się do środka? - zapytała Colleen. W odpowiedzi Cheryl tylko wzruszyła
ramionami. A pociąg wciąż zbliżał się do wrót. W pociągu rozległ się kobiecy
głos, podobny do tych w windach:
–Proszę wszystkich uczniów o zgromadzenie się przy drzwiach wyjściowych wagonów.
Proszę przepuścić najmłodszych uczniów na początek kolejki. Przypominam o
pozostawianiu bagaży w przedziałach. Uczniowie zabierają ze sobą tylko
zwierzęta w pojemnikach transportowych.- Cheryl i Colleen spojrzały po sobie
Colleen wzruszyła ramionami, Cheryl złapała Atillę i włożyła do koszyka.
Dziewczynki wyszły z przedziału i skierowały się do drzwi. Stał już tam spory
tłum starszych uczniów, jednak je przepuścili na początek kolejki. Cheryl znów
miała na twarzy lekki wypieki podekscytowania. W pewnej chwili pociąg się
zatrzymał.
– Co
się dzieje? - zapytała Colleen.
– Pierwszy
wagon wyskakuje. - odpowiedział jej wysoki uczeń z przypiętym do koszuli herbem -
czarną sową na żółtym tle.
– Wyskakuje?! - zapytała
Cheryl głosem odrobinę bardziej piskliwym niż zwykle.
– Nie
martw się. To łatwe, dasz radę - pocieszyła ją płomiennowłosa dziewczyna z
czarną łanią na fioletowym tle.
– Naprawdę?
– Właściwie
to... Kiedy ja byłem w waszym wieku... - zaczął szatyn w okularach, z
przezroczystą plakietką, bez żadnego rysunku.
– Nie
ważne. - uciął ostro dobrze zbudowany chłopak, wyglądając na 18 lat. Jego
plakietka była czerwona, a na niej widniał lew. – To nie jest ani straszne, ani
trudne. - powiedział. Następnie zwrócił się do drobnej brunetki z czarnym wężem
na białym tle. – Powiedz im kiedy wyskoczyć. - brunetka uśmiechnęła się, a w jej
uśmiechu było coś niepokojącego, jakby dziewczyna nie stała po żadnej stronie - ani dobrej, ani złej. Skinęła głową i powiedziała
– Na
mój znak, skaczcie obie. - wagony się przesuwały, a oni czekali. W pewnej
chwili brunetka odezwała się
– Ugnijcie
nogi i przygotujcie się. Ty trzymaj dobrze ten koszyk. To nie jest duża
odległość. Nie skaczcie wysoko, tylko daleko. Jak tylko wylądujecie odsuńcie
się. My też musimy zdążyć. Gotowe? - drzwi wagonu się otworzyły, ale jeszcze się
przesuwał. – Już!- krzyknęła dziewczyna, a Cheryl wyskoczyła. Odległość naprawdę
nie była duża, było to nie więcej niż metr. Cheryl udało się nawet nie
upaść, przy lądowaniu. Pamiętając słowa dziewczyny, odsunęła się w bok, jak
tylko jej stopy dotknęły podłogi. Tuż za nią wylała się fala starszych uczniów,
zupełnie rozluźniony. W końcu nie pierwszy raz to robili. Cheryl głośno się
śmiała. Właściwie nie wiedziała dlaczego. Po prostu śmiechem pozbywała się
nagromadzonych emocji. Taki był jej sposób na odreagowanie tego wszystkiego,
czego było zbyt dużo. Cheryl była przekonana, że to o niebo lepsze od płaczu.
– Chyba
oszalałyśmy! - zawołała Colleeen z drugiej strony wrót. Cheryl nie widziała jej
przez potok uczniów wyskakujących z pociągu. Już miała coś odpowiedzieć
Colleen, kiedy jej wzrok padł na posadzkę.
– Och!
Spójrz na podłogę! - krzyknęła do Colleen. Istotnie było na co popatrzeć. Cała
podłoga w sali i korytarzach w zasięgu ich wzroku była za szkła. Pod stopami
Cheryl rozpościerały się zielone łąki oraz jezioro. Cheryl miała wrażenie, że
lata. Zafascynowana przesuwała się do przodu. W końcu usiadła po turecku na
środku sali. Colleen przyłączyła się do niej i tak siedziały wpatrując się w
dół i myśląc jak to jest, naprawdę latać. Kiedy starsi uczniowie wysiedli ze
wszystkich wagonów ruszyli korytarzami do wnętrza szkoły. Pierwszoroczni
natomiast zostali w sali wejściowej i czekali, aż ktoś się nimi zainteresuje.
Było ich około trzydziestu. Trzydziestka podekscytowanych, odrobinę
przestraszonych dziesięciolatków przed którymi właśnie otwierał się zupełnie
nowy świat. Chociaż wielu z nich pochodziło z rodzin czarodziejów i wiedzieli o
istnieniu Lapseatis od dawna. Jednak nic nie wiedzieli o jego wyglądzie. Widok
szkoły był dla nich takim samym szokiem. No może trochę łatwiej było im
uwierzyć, że taka wielka budowla unosi się w powietrzu.
Ledwie
buty ostatniego ucznia zniknęły za zakrętem przed uczniami pojawiła się wysoka
kobieta o spojrzeniu generała. Powitała uczniów chłodnym uśmiechem.
– Nazywam
się profesor Gutierrez. Będę waszą tymczasową przewodniczką. Chodźcie za mną.
- powiedziała. Następnie ruszyła stanowczym krokiem jednym z korytarzy.
Uczniowie podążyli za nią bez cienia protestu. Profesor Gutierrez miała w sobie
coś takiego, że wszyscy wiedzieli iż bezpieczniej jest jej posłuchać. Profesor
prowadziła ich korytarzami parteru już dłuższy czas. Jak ze zdziwieniem zauważyli
wszyscy pierwszoroczni podłoga na całej powierzchni parteru była ze szkła.
Wrażenie było niesamowite.
– Gdzie
idziemy? - zapytała Colleen. Cheryl żałowała, że nie potrafi jej odpowiedzieć.
Wzruszyła więc tylko ramionami. Komunikację dziewczyn poza piorunującymi
spojrzeniami pani profesor utrudniał także Atilla. Ilekroć Colleen zbytnio
zbliżyła się do jego koszyka głośno prychał, na co Cheryl natychmiast
przekładała go na drugą stronę. Wreszcie stanęli przed drzwiami. Po tak długiej
wędrówce Cheryl spodziewała się co najmniej złotych wrót, ale drzwi przed
którymi stali zdecydowanie takie nie były. Były to zwykłe, proste drzwi.
– Ten pokój nazywany jest Miejscem Przeznaczenia. Ukazuje się tylko raz w roku,
specjalnie dla was. Wszelkie próby odnalezienia go kiedykolwiek później są
zwykłą stratą czasu. W tym miejscu wybrany zostanie dla was dom, na podstawie
waszych cechy i charakterów. W Uniwersytecie Magii Lapseatis jest pięć domów:
Cellidus, Virilitager, Prudenebile, Urbanor i Veraxer. Każdy z was zostanie
przydzielony do jednego z nich.
Będziecie
po kolei wchodzić do pokoju. Zapamiętajcie wszystko co tam zobaczycie i
usłyszycie. Powtórzycie mi później jaki kolor przybrała tafla. I tylko tyle
wolno wam powiedzieć na temat tej wizyty. Nigdy i nikomu nie możecie ujawnić co
tam usłyszeliście. Wolicie nie poznać konsekwencji złamania tego zakazu. Ale
dobrze zapamiętajcie sobie każde słowo. Uwierzcie, przyda wam się. Do Miejsca
Przeznaczenia wchodzicie pojedynczo. Kto pierwszy? - w górę natychmiast uniosła
się ręka Colleen. Dziewczyna śmiało wyminęła innych, otworzyła drzwi i weszła
do środka. Można by to uznać za wspaniały akt odwagi. Stawienie czoła
nieznanemu. Cheryl nie chciała pomniejszać wagi tego wydarzenia. Jednak poznała
dziewczynę na tyle, aby wiedzieć, że Colleen kierowała przede wszystkim
ciekawość. Po niecałej minucie Colleen wyszła z pokoju. Oczy jej błyszczał.
Jednak w tym blasku było coś dziwnego, niepokojącego. Jakby księżyc przeglądał
się w sztyletach świeżo wyczyszczonych z krwi. Takie spojrzenie zdecydowanie nie pasowło do dziesięciolatki.
– Biały - powiedziała
z dumą do profesor Gutierrez.
– Cellidus. -
orzekła profesor. Kiedy tylko wypowiedziała te słowa, na piersi Colleen
pojawiła się odznaka z herbem: czarny wąż na białym tle.Do pokoju wchodziły
kolejne osoby. Reakcje były różne. Niektórzy uśmiechali się z dumą, inni byli
zdenerwowani, podekscytowani, a jedna dziewczynka o mysich włosach wybiegła
stamtąd z płaczem. Wreszcie nadeszła kolej Cheryl. Kiedy dziewczyna otworzyła
drzwi jej oczom ukazała się zwykła sala lekcyjna. No może odrobinkę zaniedbana.
Krzesła były poodsuwane od stolików, niektóre były nawet przewrócone. Na jednej
z ławek zostało pióro, na innej kałamarz lub skrawek pergaminu. Wyglądało to
jakby uczniowie opuścili to miejsce w pośpiechu. Tylko w miejscu tablicy
znajdowało się coś, co zdecydowanie zmieniało klimat szkolnej sali. Duże
lustro, w srebrnej rzeźbionej ramie.
– Kolejna
Bryant... Widzisz rzeczy takimi jak są naprawdę, brawo. - Cheryl rozejrzała się
niespokojnie po wnętrzu sali. Oprócz niej nie było nikogo. Kto w takim razie do
niej przemówił? Wzrok dziewczyny jakby sam powędrował do lustra. Nie - pomyślała Cheryl - To nie
możliwe. A jednak... Dlaczego nie? W końcu w tym świecie szkoły unoszą się
nad ziemią. Dlaczego lustro nie miałoby mówić?
– To
ty? - spytała zbliżając twarz do gładkiej tafli.
– Tak.
Szkoda, że mnie nie pamiętasz.
– Dlaczego
miałabym pamiętać? - zdziwiła się Cheryl, jednak lustro milczało. Postanowiła
więc zapytać o coś innego
– Mówiłeś,
że widzę to co jest naprawdę. Więc co inni tu widzą?
– To
co chcą zobaczyć, czego podświadomie się spodziewają. Słoneczną łąkę, plażę,
albo loch, mroczny las.
– I
to mam zapamiętać?
– Nie.
Oto przepowiednia:
Musisz
ujarzmić trzy smoki
uważać
na prośby i przyjaciół
oraz
pamiętać, że istnieją odcienie barw.
Kiedy
lustro wygłaszało przepowiednię, jego tafla zabarwiła się na czerwono. Cheryl w
duchu powtórzyła te słowa kilkakrotnie. Chciała mieć pewność, że je dobrze
zapamięta. Pomimo, że nic z nich nie rozumiała. Była pewna, że jej się
przydadzą. Nie wiedziała tylko kiedy. Z pomieszczenia wyszła spokojnie.
– Czerwień. -
oznajmiła.
– Virilitager. -
powiedziała profesor. Cheryl poczuła przyjemne łaskotanie na piersi i zobaczyła
tam odznakę z czarnym lwem na czerwonym tle.
***
– A
gdzie teraz idziemy? - zapytała Colleen. Cheryl westchnęła.
– Sama
chciałabym wiedzieć. - odparła.
Wtedy
ich oczom ukazał się niesamowity widok. Wprost z korytarza weszły do wielkiej
sali. Znajdowało się tam sześć długich stołów, z czego jeden zajmowali dorośli,
prawdopodobnie nauczyciele. Uczniowie swobodnie przemieszczali się między
stołami jakby nie zauważali, że dzielą ich domy.Zdawali się także nie zwracać
uwagi na fakt, że ta sala miała tylko szklaną podłogę. Żadnych ścian, ani
sufitu. Szklana podłoga i przestrzeń.
Wszechogarniająca,
bezkresna
przestrzeń w której człowiek może się zatracić, rozpłynąć. Dopiero w
tamtej chwili Cheryl pojęła jak wieki jest świat i ile jest jeszcze poza
planetą. Uświadomiła sobie jednocześnie jaka ona sama jest mała i
drobna.
Jednak ta świadomość nie napawała jej lękiem. Wręcz przeciwnie. Cheryl
poczuła
ulgę. Cały ten magiczny świat, to, że obcy ludzie znają jej nazwisko
napełniało ją strachem. A teraz kiedy poznała jaka jest maleńka w tym
wielkim świecie
ucieszyła się. Pomyślała, że jaka by nie była jej przyszłość, czego by
nie
zrobiła to przecież nie może aż tak bardzo
namieszać.
– Ciekawe
jak tu jest kiedy pada. - zastanawiała się Colleen. Przerwało im karcące
spojrzenie profesor Gutirrez.
– Ustawcie
się w szeregu. Kiedy padnie wasz nazwisko podchodzicie do tego stołu przy
którym bili oklaski. - pouczyła ich cicho profesor. Następnie wycelowała różdżką
w swoje gardło. Kiedy znów się odezwała jej głos niósł się jakby mówiła przez
mikrofon z mocnym głośnikami.
– Proszę
wrócić do swoich stołów, chociaż na tę chwilę. Będziecie mieli jeszcze czas na
powitania z przyjaciółmi.-po jej słowach zapanowało zamieszanie. Ponad połowa
uczniów wstała i przeciskała się do innych stołów. Wreszcie wszyscy siedzieli
na odpowiednich miejscach.
– W
tym roku mam trzydziestu jeden nowych studentów. Sześciu z nich było
wystarczająco odważnych, aby trafić do Virilitageru.-przy stole najbliżej
krawędzi podłogi wybuchły oklaski i okrzyki, niektórzy walili pięściami w stół.
Kiedy wrzawa ucichła ponownie odezwała się profesor Gutierrez.
– Są
to:
Appleby Vanessa
Bryant Cheryl
Dalton Joe
Eldridge
Alison
Ivers
Matthew
Wescott
Bruce - kolejna burza oklasków i okrzyków. Cheryl razem z innymi wyczytanymi
wystąpiła z szeregu i podeszła do stołu. Starsi uczniowie pochwycili ich w
gąszcz ramion i unieśli w górę. Przez kilka chwil podawali ich sobie z rąk do
rąk, czasem podrzucając i łapiąc w ostatniej chwili. Zupełnie ignorowali przy
tym profesor Gutierrez która przywoływała ich do porządku, choć jakoś bez
przekonania. Może przyzwyczaiła się, że ten dom taki jest. Wreszcie Cheryl
wylądowała na ławce, tyłem do przepaści. Nie myślała o tym, że może spaść. No
może taka myśl czaiła się gdzieś z tyłu jej głowy, ale przecież nie mogła
okazać strachu już pierwszego dnia. W końcu to dom dla odważnych. Nie bez
powodu tu trafiła. Jest odważna.
Cheryl
obserwowała inne powitania. Prudenabile witało nowicjuszy poważnymi uściskami
dłoni. Urbanor witał ich uściskami. Veraxer jeszcze raz bił oklaski. A starsi
uczniowie w Cellidusie tylko wyszeptali coś do ucha pierwszorocznym uśmiechając
się tajemniczo. Powitanie Virilitageru było najlepsze. Cheryl już była dumna,
że do niego przynależny.
***
Virilitager lokował się w jednaj z
wysokich wież. Pokój wspólny był więc okrągłym pomieszczeniem z oknami
zajmującymi całą jedną ścianę. Nie było tam foteli tylko duże, miękkie poduszki
i niskie stoliki. Ściany były obwieszone wielkimi herbami domu, portretami
uczniów. Jak dowiedziała się Cheryl była to aktualna reprezentacja Quiddicha i
ta najlepsza, legendarna która w tym samym składzie przez dziewięć lat nie przegrała
żadnego meczu.
Dormitorium Cheryl dzieliła z dwoma dziewczynami: Alison Eldridge i Vanessą Appleby. Ich sypialnia była dość dużym pomieszczeniem w którym jedną ścianę zajmowało okno. Całą podłogę pokrywał czerwony dywan z gatunku tych cudownie miękkich, w które zapadasz się, aż po kostki. Stały tam także trzy drewniane szafy, po jednej dla każdej z dziewcząt. Trzy ogromne, miękkie łoża z baldachimem, aż prosił aby się w nie zanurzyć. Za drzwiami kryła się łazienka z prysznicem i dużym lustrem. Wszystko to razem sprawiało, że siedząca w pokoju wspólnym Cheryl była bardzo szczęśliwa.
Dormitorium Cheryl dzieliła z dwoma dziewczynami: Alison Eldridge i Vanessą Appleby. Ich sypialnia była dość dużym pomieszczeniem w którym jedną ścianę zajmowało okno. Całą podłogę pokrywał czerwony dywan z gatunku tych cudownie miękkich, w które zapadasz się, aż po kostki. Stały tam także trzy drewniane szafy, po jednej dla każdej z dziewcząt. Trzy ogromne, miękkie łoża z baldachimem, aż prosił aby się w nie zanurzyć. Za drzwiami kryła się łazienka z prysznicem i dużym lustrem. Wszystko to razem sprawiało, że siedząca w pokoju wspólnym Cheryl była bardzo szczęśliwa.
Cheryl
od razu pokochała swój nowy dom i tych ludzi. To prawda byli głośni, trudno
było nad nimi zapanować, ale żyli. Byli prawdziwi i szczęśliwi. Odwaga pomaga w
życiu. Nie boisz się walczyć o swoje marzenia, mówić o swoich uczuciach. Świat
stoi przed tobą otworem. To wszystko zrozumiała Cheryl już pierwszego dnia. A
miała się nauczyć jeszcze więcej przez najbliższe dziewięć lat. Tak, Cheryl
zdecydowanie była dumna, że należy do Virilitageru.
– Która
z was to Cheryl Bryant? - zawołała wysoka ciemnoskóra dziewczyna wchodząc na
stolik. Cheryl podniosła się z poduszki i podeszła do dziewczyny,
– To
ja.
– Żmija
do ciebie.
– Co? - zdziwiła
się Cheryl
– Nie
"co", tylko "proszę" jeśli już. Dziewczyna z
Cellidusa. - wytłumaczyła ciemnoskóra przewracając oczami i wskazując dziewczynę
obok siebie. Colleen.-pomyślała
Cheryl i podeszła do niej.
– Cheryl!
Chodź! Cellidus urządza imprezę powitalną. Każdy pierwszoroczny może zaprosić
gościa. Więc zapraszam ciebie.- mówiła rozentuzjazmowana Colleen.
– Impreza?
Niezły pomysł. - skomentowała Cheryl z uśmiechem. Ruszyła za Colleen. Musiały
zejść na sam dół, bo Cellidus znajdował się na parterze. Tak przynajmniej
myślała Cheryl. W pewnym momencie Colleen przystanęła.
–To
tutaj. - oznajmiła wskazując drzwi, które wyglądały jakby prowadziły do schowka
na szczotki, a nie siedzimy jednego z domów. Cheryl spojrzała na
dziewczynę podejrzliwie.
– Jesteś
pewna? To raczej nie pasuje do..
– Wiem,
wiem. - przerwała jej Colleen, niecierpliwie machając ręką. –To wejście dla gości.
Dzisiaj w całym zamku są "otwarte granice". Jutro już się tu nie
dostaniesz. A ja nie wejdę do ciebie. Pomiędzy domami panuje atmosfera
tolerancji i koleżeństwa, ale wszyscy dokładnie strzegą swoich tajemnic.
Podobno dziś w pokojach wspólnych praktycznie nic nie ma. Większość pojawi się
jutro. - mówiła szybko Colleen, jednocześnie otwierając drzwi i prowadząc
Cheryl wąskimi i stromymi schodami w dół.
-Ta
dam!-zawołała Colleen. Przed oczami Cheryl jawiło się coś niesamowitego.
Pokój
ze szkła, w jakiś sposób doczepiony pod szkołę. I to tak, że z zewnątrz był
niewidoczny. Za to Cellidus doskonale widział co się dzieje w szkole dzięki
przeszklonej podłodze parteru.
W
całym pokoju grała głośna muzyka, błyskały kolorowe światła. Sporo osób
tańczyło, niektórzy popijali napoje lub jedli przekąski.
– Tańczymy? - spytała
Colleen. Zamiast odpowiedzieć Cheryl pociągnęła ją na parkiet.
***
Następnego
ranka Cheryl była niewyspana, a przez to bardzo markotna i wredna.
Prawie
całą wczorajszą noc spędziła na imprezie w Cellidusie. Praktycznie nie
schodziła z parkietu, a mimo to nie czuła zmęczenia. Dopiero kiedy zauważyła,
że świta stwierdziła, że warto by wrócić do sypialni i się trochę przespać. No
ale Colleen zaczęła nalegać, żeby została jeszcze trochę. Stanęło na tym, że Cheryl
opuściła pokój wspólny Cellidusa około piątej nad ranem. Ledwie dowlokła się do
swojej sypialni. Padła na łóżko i zasnęła niczym kamień. Na całe dwie
godziny.
O
siódmej została gwałtownie wyrwana ze snu. Jej współlokatorki Vanessa i Alison
przygotowywały się na śniadanie. Pierwszym co Cheryl zobaczyła po przebudzeniu
były krótkie blond włosy Alison.
– Czego? - warknęła
Cheryl w odpowiedzi na coraz mocniejsze potrząsanie za ramię.
– Wstawaj,
królewno. Bo się spóźnisz. - Cheryl jęknęła, ale wreszcie podniosła się z łóżka.
Prawie na czworakach dotarła do szafy, złapała pierwsze z brzegu ubranie i
poszła do łazienki. Nawet nie rozczesała porządnie włosów. Miała szczerze
gdzieś, jak wygląda. Jedyne o czym była w stanie myśleć to jak bardzo
nienawidzi tego świata.
Ledwie
Cheryl weszła do sali na śniadanie, powitał ją pisk Colleen. Dziewczyna, o
dziwo wyglądała na rześką i wyspaną. Dosłownie promieniała.
– Jak
ty wyglądasz?! - zawołała Colleen.
– Daj
mi spokój. - mruknęła niewyraźnie Cheryl. Po tak małej ilości snu, jej głowa
zdecydowanie nie była w stanie znieść krzyków i pisków Colleen.
– Chodź,
pomogą ci. - odparła Colleen i pociągnęła jęczącą Cheryl do stołu Cellidusa.
Stały tak przez chwilę, aż zainteresowała się nimi ta sama brunetka, która
pomogła im wyskoczyć z pociągu. Rzuciła Cheryl krótkie spojrzenie.
– Czemu
nie wzięłaś eliksiru? - zapytała
– Czemu
nie wzięłam...co? - zapytała nieprzytomnie Cheryl.
– Wyszła wcześniej, wtedy jeszcze nie rozdawali. - pospieszyła z wyjaśnieniami
Colleen. Brunetka zaśmiała się.
– Z
imprez Cellidusa się nie ucieka. - odparła podając Cheryl przezroczystą
fiolkę. –Wypij. - poleciła. Do Cheryl dopiero po chwili dotarły jej słowa. Wzięła
fiolkę i wypiła jednym haustem.
Cheryl
natychmiast poczuła się lepiej. Całe zmęczenie ją opuściło. Miała wrażenie, że
ma za sobą dobrze przespaną noc.
– To
jest genialne! A właściwie co to jest?
– Eliksir
orzeźwiający. Niweluje zmęczenie. I leczy kaca, ale wam to nie potrzebne. Przynajmniej na razie. Ale ostrzegam: Wieczorem, kiedy działanie
minie będziesz się czuła pięć razy gorzej niż przed chwilą. Jestem Ash.
– Cheryl. -
odparła dziewczyna. W tej samej chwili zobaczyła swoje odbicie w talerzu.
– Jak
ja wyglądam?! - zawołała i pobiegła do swojej sypialni. Kiedy wróciła, już
doprowadzona do porządku w sali nie było już większości uczniów.
– Cheryl! - zawołała
dziewczyna z dwoma czarnymi kucykami. Vanessa
- skojarzyła Cheryl.
– Co
tam?
– Mam
twój plan lekcji. Nie martw się do pierwszej zostało jeszcze dwadzieścia
minut.
– Dzięki.
- Vanessa kiwnęła głową i pobiegła za Alison. Tymczasem do Cheryl dołączyła
Colleen. Obie usiadły przy stole Virilitageru. Cheryl spojrzała na pusty stół.
– Jak
mam coś zjeść? - zapytała.
– Och,
to proste. Tutaj jest dzisiejsze menu. Wybierz coś i pomyśl nazwę tego dania, a
ono pojawi się na twoim talerzu. Z napojem to samo. Możesz wybrać każdy, byle
bez alkoholu. - wyjaśniła Colleen. Cheryl przejrzała kartę. Tosty z serem. - pomyślała.
Wybrane śniadanie natychmiast pojawiło się na jej talerzu. Herbata
malinowa. - zażyczyła sobie patrząc na szklankę. Błyskawicznie wypełniła się
ona napojem.
–Tu jest świetnie!
***
– Gotowa
na pierwszy test? - zapytała Colleen, siadając obok Cheryl. Cheryl zakrztusiła
się jedzonym właśnie tostem.
– Jaki
test? - wykrztusiła po chwili.
– Z
transmutacji. Ma dotyczyć podstawowych zasad i norm. Oprócz tego będzie część
praktyczna. Zmienianie kawałka wełny w rzemyk. Nie mów, że zapomniałaś!
– Pomocy!
- zawołała zrozpaczona Cheryl, tym samym ściągając na siebie uwagę wszystkich w
okół. Colleen spiorunowała ją spojrzeniem.
– Chodź. - szepnęła.
I obie wyszły z sali.
***
– Gdzie
wszyscy idą? - zdziwiła się Cheryl kiedy ich klasa skierowała się do wyjścia,
zamiast do sali historii magii. Colleen spojrzała na nią dziwnie.
– Pierwsza lekcja latania na miotłach, raczej nie odbędzie się w szkole. Jeszcze
coś się stłucze. - Cheryl chciała wyrazić swoje zdziwienie, że to już dzisiaj,
ale postanowiła nic nie mówić.
– Nie mogę się już doczekać! - zawołała trochę dlatego, że chciała odciągnąć Colleen od tematu.
– Nie mogę się już doczekać! - zawołała trochę dlatego, że chciała odciągnąć Colleen od tematu.
– Ja
też. Ciekawe jak wyjdziemy z zamku.
– No
jak to? Przez drzwi. - stwierdziła oczywistość Cheryl.
– Przez
te drzwi które wiszą kilkadziesiąt metrów nad ziemią? - zironizowała Colleen.
Cheryl w roztargnieniu pokiwała głową. Myślami była już zupełnie gdzie indziej.
Próbowała zobaczyć coś przez grupę uczniów tłoczących się w drzwiach. Colleen
tylko pokręciła głową.
Starsi
uczniowie przyglądali się nerwowemu oczekiwaniu pierwszorocznych. Wreszcie
odezwał się ktoś z Veraxera.
– Nikt
po was nie przyjdzie. Musicie sami zejść na dół. - wśród uczniów rozległy się
przestraszone rozmowy.
– Niewidzialne zejście. - szepnął jej Eliot, jeden z szóstoklasistów. Zrobił
to tak dyskretnie, że nikt nawet tego nie zauważył.Cheryl także się nie
odwróciła, nie dała po sobie poznać, że cokolwiek się wydarzyło. Złapała tylko
Colleen za rękaw i pociągnęła ją w stronę wrót.
Cheryl
przykucnęła przy krawędzi i wodziła ręką tuż za nią, starając się wyczuć ślad czegokolwiek co można by nazwać
zejściem. W pewnej chwili jej dłoń natrafiła na coś jakby murek, czy krawędź.
Jakiś metr dalej znalazła drugi, a między nimi gładką powierzchnię. Cheryl
usiadła na początku i... zaczęła spadać w dół.
Była
przerażona. Myślała, że dała się nabrać a tak naprawdę nic tu nie ma. Jednak
już po kilku sekundach zrozumiała, że wcale nie spada, ale zjeżdża w dół po
jakiejś gigantycznej zjeżdżalni. Z jej gardła jakby sam wydarł się śmiech.
Uwielbiała
swój dom. Dyskretnie pomagali jej stawać się odważną. Tak, aby kiedyś to ona
dawała przykład innym, dumnie reprezentowała swój dom. Tak, aby powoli dewiza
Virilitageru "Podstawą szczęścia jest wolność, a podstawą wolności
odwaga." mogło stać się jej własnym hasłem.
I
wtedy zjeżdżalnia pod nią nagle się skończyła. Cheryl wyleciała w powietrze
niczym z procy i po kilku chwilach wzlatywania w górę nastąpił ten straszny
moment. Na ułamek sekundy zawisła w powietrzu, a potem niestety grawitacja
musiała zacząć działać. Cheryl naprawdę spadała.
Cheryl
nie krzyczała. Mocno zaciskała usta i pięści. Nie dlatego, że się nie bała. Była
przerażona, ale nie mogła tego po sobie pokazać. Nie chciała. Była dumna z
siebie, że pierwsza zjechała przysparzając chwały swojemu domowi. Nie stchórzy
teraz, prawie na mecie. W końcu była Lwicą. Nie rozbiję się, nie rozbiję się.-powtarzała
gorączkowo. Przypomniała sobie, że przecież potrafi unieść się w
powietrzu. Potrafiła to jeszcze zanim poszła do szkoły, zanim dowiedziała się,
że jest czarownicą. Wylewitować siebie albo kogoś w powietrze.
Zamknęła
powieki i głęboko odetchnęła. Skupiła się, a wtedy poczuła znajomą lekkość.
Jakby prawo ciążenia już jej nie dotyczyło, jakby nic nie ważyła. I lekko
wylądowała na trawie. Kilka sekund później obok wylądowała Colleen.
–To na końcu było okropne. - stwierdziła Colleen rozmasowując sobie kości.
– Jakbym wpadła w wielką, sztywną siatkę.
***
–To
już ostatni raz. - powtarzała sobie Cheryl nadzieją, wpatrując się w miotłę.
Wzięła głęboki oddech i usiadła na niej. Poprawiła pozycję i odepchnęła się od
ziemi. Zimne powietrze uderzyło ją w twarz, rozwiewają włosy, a tym samym
ograniczając widoczność. Cheryl odgarnęła je z twarzy niecierpliwym ruchem. W
górę wznosiła się całkiem poprawnie. Gorzej jej poszło, kiedy spróbowała
skręcić. Jak zawsze.
- pomyślała gorzko Cheryl, kiedy poczuła szarpnięcie. Spróbowała jeszcze raz,
ale zbytnio wychyliła się w prawo i spadła. Jak ja nienawidzę mioteł! -
złościła się Cheryl w drodze w dół. Tak kończyła się każda jej lekcja latania.
***
– Daj
mi wreszcie spokój! - wrzeszczała trzynastoletnia Cheryl.Już od dwóch minut
powinna być na historii magii. Był to wbrew pozorom jeden z najciekawszych
przedmiotów w szkole. Prowadzony przez bardzo starego, prawie sześćsetletniego
czarodzieja. Dzięki swemu dość podeszłemu wiekowi był świadkiem wielu wydarzeń
historycznych i mógł zdać uczniom relację naocznego świadka. Miał także tę
cudowną cechę, że nie złościł się kiedy ktoś nie zaliczył testu lub odpowiedzi.
Sprawiał tylko wrażenie zawiedzionego, co było chyba jeszcze gorsze. Był jednak
bardzo surowy jeśli chodzi o przestrzeganie zasad i terminów. Tak więc
spóźnienie na lekcję było najgorszym co mogło się przytrafić.
A
Cheryl właśnie się przytrafiło. A była to wina pewnego Węża z roku Cheryl.
Wyższy o głowę szatyn, z kręconymi włosami i orzechowymi oczami. No i tym
przeklętym uśmiechem, który oznaczał tylko jedno: kłopoty.
Ze
wszystkiego co mógł w tej chwili robić wybrał kłótnię z Cheryl. Ale po co?
Chyba aby oboje spóźnili się na lekcję.
– Ale
o co chodzi, mała?
– Nie
mów do mnie mała!
– Kiedy
ty jesteś mała.
– No
i co z tego? Nie mów tak do mnie, duży.
– Dobrze
potworku.
– Och,
zamknij się idioto! - Cheryl najbardziej irytowało w nim to, że zachowywał się
jakby to była świetna zabawa. Cheryl odwróciła się na pięcie i odeszła w stronę
sali historii magii. Kiedy wreszcie tam dotarła było już dziesięć minut po
dzwonku. Cheryl odetchnęła i już miała naciskać klamkę, kiedy dołączył do niej
on. Ten idiota.
– Czego znowu chcesz? - syknęła
– Mam
tu lekcję. - powiedział i z uśmiechem wszedł do sali, ciągnąc za sobą Cheryl.
Dziewczyna szybko wyrwała się z jego uścisku i czerwona na twarzy podążyła ku
ostatniej ławce i Colleen. Tymczasem ten idiota coraz bardziej się rozkręcał w
tłumaczeniu dlaczego się spóźnili.
– Czy
panna Bryant może potwierdzić tę wersję? - zapytał profesor Heidinger. Cheryl
powoli podnosiła się z ławki, szukając równocześnie pomocy u Colleen. Nie miała
pojęcia o czym mówił, więc także czy może się z tym zgodzić. Colleen ledwo
dostrzegalnie skinęła głową.
– Tak. - powiedziała
Cheryl, a on rozpromienił się. Cheryl przewróciła oczami i usiadła. Po około
piętnastu minutach w ramię Cheryl uderzył samolocik. Dziewczyna spojrzała na
niego zdziwiona i rozwinęła karteczkę.
"Jak masz na imię, potworku?" widniało napisane niestarannym pismem pytanie. To mogło być tylko od jednej osoby. Cheryl spojrzała na niego zdziwiona. W odpowiedzi chłopak tylko się uśmiechnął i wzruszył ramionami. Po krótkim namyśle dziewczyna odpisała.
"Nie jestem pewna, czy jesteś godny poznania go". Już miała rzucić mu samolocik, kiedy coś jej wpadło do głowy. Dopisała jeszcze jedno słowo i rzuciła chłopakowi odpowiedź. Przeczytał i teraz to on spojrzał na nią zdziwiony. A ona parodiując jego gesty zrobiła minę pt. no co?. Po kilkunastu sekundach dostała odpowiedź
"Co to jest minionku ?".
"Hahahahaha nie minionku tylko minionek. Z resztą nieważne ;)" napisała w odpowiedzi.
"Okaaay. Jesteś dziwna. A ja jestem Luke" dostała samolocik który irytująco mocno dźgnął ją w ramię.
"Cheryl" odpisała i niezauważalnym ruchem zaczarowała samolocik. Dzięki temu drobnemu zaklęciu papierowy posłaniec leciał wprost w Luke'a jak bombowiec dźgnął go w ramię, cofnął się i zakręcił ostro kierując się wprost przed twarz chłopaka. Ten zdziwiony i lekko przestraszony obserwował poczynania samolotu który nabierając prędkości celował mu w oko. W ostatniej chwili papierowa maszyna skręciła w górę i gładko wylądowała na głowie chłopaka.
***
– Wreszcie! To już dzisiaj! - mówiła podekscytowana Cheryl. W odpowiedzi Colleen zrobiła głupią minę.
– Co jest dzisiaj? - zdziwiła się, gdyż według jej stanu wiedzy nie miało się wydarzyć nic nadzwyczajnego.
– Pierwsza lekcja Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami! - wykrzyknęła Cheryl wprost do ucha przyjaciółki. – No przynajmniej dla mnie. Ty przecież nie wybrałaś tego przedmiotu.
– Wiesz, że...
– Tak, tak wszystkie zwierzęta od ciebie uciekają. Pamiętam. - przerwała jej Cheryl. Następnie pobiegła w stronę wyjścia z budynku i ze śmiechem skoczyła w przepaść. Oczywiście trafiła na zjeżdżalnie, więc bezpiecznie wylądowała na dole. Colleen tylko pokręciła głową i udała się na wróżbiarstwo.
"Jak masz na imię, potworku?" widniało napisane niestarannym pismem pytanie. To mogło być tylko od jednej osoby. Cheryl spojrzała na niego zdziwiona. W odpowiedzi chłopak tylko się uśmiechnął i wzruszył ramionami. Po krótkim namyśle dziewczyna odpisała.
"Nie jestem pewna, czy jesteś godny poznania go". Już miała rzucić mu samolocik, kiedy coś jej wpadło do głowy. Dopisała jeszcze jedno słowo i rzuciła chłopakowi odpowiedź. Przeczytał i teraz to on spojrzał na nią zdziwiony. A ona parodiując jego gesty zrobiła minę pt. no co?. Po kilkunastu sekundach dostała odpowiedź
"Co to jest minionku ?".
"Hahahahaha nie minionku tylko minionek. Z resztą nieważne ;)" napisała w odpowiedzi.
"Okaaay. Jesteś dziwna. A ja jestem Luke" dostała samolocik który irytująco mocno dźgnął ją w ramię.
"Cheryl" odpisała i niezauważalnym ruchem zaczarowała samolocik. Dzięki temu drobnemu zaklęciu papierowy posłaniec leciał wprost w Luke'a jak bombowiec dźgnął go w ramię, cofnął się i zakręcił ostro kierując się wprost przed twarz chłopaka. Ten zdziwiony i lekko przestraszony obserwował poczynania samolotu który nabierając prędkości celował mu w oko. W ostatniej chwili papierowa maszyna skręciła w górę i gładko wylądowała na głowie chłopaka.
***
– Wreszcie! To już dzisiaj! - mówiła podekscytowana Cheryl. W odpowiedzi Colleen zrobiła głupią minę.
– Co jest dzisiaj? - zdziwiła się, gdyż według jej stanu wiedzy nie miało się wydarzyć nic nadzwyczajnego.
– Pierwsza lekcja Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami! - wykrzyknęła Cheryl wprost do ucha przyjaciółki. – No przynajmniej dla mnie. Ty przecież nie wybrałaś tego przedmiotu.
– Wiesz, że...
– Tak, tak wszystkie zwierzęta od ciebie uciekają. Pamiętam. - przerwała jej Cheryl. Następnie pobiegła w stronę wyjścia z budynku i ze śmiechem skoczyła w przepaść. Oczywiście trafiła na zjeżdżalnie, więc bezpiecznie wylądowała na dole. Colleen tylko pokręciła głową i udała się na wróżbiarstwo.
***
– Cheryl!
Pomocy! Szybko! - w dormitorium Virilitageru rozległ się głos Colleen. Jak
zwykle pierwsza obudziła się Alison.Zwlekła się z łóżka i szturchnęła Cheryl.
Dziewczyna machnęła ręką jakby odganiała muchę i przewróciła się na drugi bok.
W tym czasie głos przybrał na sile i śpiąca dotąd Vanessa z jękiem zakryła
głowę poduszką. Alison westchnęła i włożyła irytujące źródło dźwięku wprost pod
ucho Cheryl, a sama wróciła do łóżka.
– Cheryl!
- pisk wciąż przybierał na sile i mimo szczerych chęci Cheryl nie mogła go
dłużej ignorować. Dłuższą chwilę zajęło dziewczynie zlokalizowanie źródła owego
pisku. Wreszcie wszystkie zapadki w mózgu wskoczyły na właściwe miejsca. To
bransoletka ze srebrnym kluczykiem. Ta sama którą dostała od Colleen. Colleen
miała wisiorek w kształcie identycznego kluczyka i dzięki temu mogły się
porozumiewać na odległość. Więc to Colleen wysyłała jej jakąś wiadomość. Cheryl
zerknęła na zegarek i jęknęła. Była piąta rano. Jęk nasilił się kiedy do dziewczyny
dotarło, że jest sobota. Tymczasem piski Colleen wciąż niosły się po
dormitorium. Pełna nienawiści do całego świata Cheryl zwlekła się z łóżka.
Nie
śpieszyła się zbytnio. Wiedziała, że Colleen jest królową dramatu. Więc Cheryl
spokojnie ubrała się, rozczesała długie włosy, pozapinała wszystkie bransoletki
i dopiero kiedy jej wygląd był zadowalający wyszła z dormitorium. Kiedy weszła
do korytarza prowadzącego do głównego wejścia Cellidusa Colleen już tam na nią
czekała.
– No
wreszcie! - wykrzyknęła i zaatakowała Cheryl jakąś materiałową opaską.
– Hej!
Po co to? - zdziwiła się dziewczyna.
– Nie
możesz widzieć tego przejścia. Ściągnę ci ją dopiero w dormitorium. A teraz
uważaj i trzymaj się mnie. - mówiła szybko Colleen. Cheryl poczuła, że mijają
wrota i stają na czymś jakby ruchomych schodach. Potem szybko przeszły przez
coś, zapewne pokój wspólny. Kolejne ruchome schody tym razem w górę, jeszcze
kilka kroków, otwarcie drzwi i Colleen ściągnęła opaskę z oczu Cheryl.
Cheryl
ukazał się pokój o wymiarach podobnych do jej sypialni. I na tym podobieństwa
się kończyły. Ściany i sufit były ze szkła. Całą podłogę pokrywał dywan podobny
do tego u niej, tylko mniej miękki i biały. W dormitorium stały cztery łóżka i
dwie szafy. Obok każdego łóżka stała szafka. Całe pomieszczenie naturalnie nie
potrzebowało oświetlenia, ponieważ słońce wpadało przez wszystkie trzy ściany.
Czwartą zajmowała łazienka.
Trzy
dziewczyny, zapewne współlokatorki Colleen siedziały z niewyraźnymi minami na
łóżkach. Najwyraźniej one też nie były szczęśliwe z powodu pobudki o tak
nieprzyzwoitej porze.
– Hej. - powiedziała
w ich kierunku Cheryl. W odpowiedzi dziewczyny mruknęły coś niewyraźnie. Tylko
jedna leniwie uniosła rękę w geście powitania. Nie starczyło jej jednak energii
aby nią pomachać. Cheryl dobrze je rozumiała. Sama najchętniej zasnęłaby.
– Dziewczyny
musicie mi pomóc! - pisnęła Colleen, a Cheryl się skrzywiła. Nie tak
głośno, nie tak rano. - pomyślała, ale nie wystarczyło jej energii aby to
powiedzieć.
– W czym?- spytała zamiast tego Cheryl.
– Dziś
wieczorem mam randkę! - pisnęła Colleen. Z gardeł trzech dziewczyn, w tym
Cheryl wydarł się jęk. Czwarta, która właśnie zasypiała oparta o ścianę
poderwała się gwałtownie. Złapała różdżkę i zbliżała się do Colleen.
– Chyba
sobie
żartujesz! Masz randkę wieczorem?! I dlatego budzisz nas o piątej?! W
sobotę?! Nie ma mowy! Nie ma najmniejszych szans, żebym ci w czymkolwiek
pomogła tej nieludzkiej porze! Randkę masz wieczorem! Wieczorem! Ogarnij
się
kobieto! Ile ty masz lat?! Chyba nie szesnaście?! Zachowujesz się na
pięć! Masz
jeszcze masę czasu! Oszalałaś zdzierać nas o tej porze! Przez cały
tydzień
codziennie do późna miałam treningi Quiddicha i liczyłam, że chociaż
dzisiaj się wyśpię przed jutrzejszym meczem! A ty doskonale o tym
wiedziałaś! I mimo to uznałaś za stosowne mnie budzić?! O nie kochana!
Tym razem przesadziłaś! Teraz idę spać! Jeśli ktokolwiek ośmieli się
mnie obudzić wcześniej niż za cztery godziny to nie ręczę za siebie!
Jasne?!- im bardziej dziewczyna się nakręcała, tym mocniej jej różdżka
sypała iskrami. Kiedy skończyła swój monolog błysnęło, huknęło i
dormitorium spowiło się kłębami białego dymu. Kiedy dym się rozwiał
sprawczyni całego zamieszania smacznie spała w swoim łóżku. Reszta
dziewczyn układała się na posłaniach z zamieram ponownego zapadnięcia w
sen. Colleen spojrzała z rozpaczą na Cheryl.
– Za
trzy godziny stanę za tobą murem w każdej błahostce. Teraz tylko w
sytuacji zagrożenia życia lub zdrowia. - powiedziała Cheryl po czym
bezceremonialnie ułożyła się na łóżku Colleen.
***
Siedemnastoletnia
Cheryl siedziała pod drzwiami pokoju, w którym wczoraj odbywała się
impreza i próbowała przypomnieć sobie co się działo. Starała się już od
dziesięciu minut i wreszcie musiała z rozpaczą stwierdzić, że kompletnie
nic nie pamięta. Ostatnie jej wspomnienie to jak wchodzi do sali ubrana
w białą, koronkową sukienkę z odkrytymi ramionami. A potem... Potem
było osiem godzin później i siedziała tutaj.
– Cześć.
- powiedział Luke siadając obok. Cheryl skinęła mu głową. Przez kilka
chwil oboje wpatrywali się w przestrzeń usiłując sobie przypomnieć co
właściwie wczoraj robili.
– Też masz takie wrażenie, że wczoraj wydarzyło się coś ważnego? - zapytał Luke
– Tak,
ale niczego nie pamiętam. - odparła Cheryl. Luke pokiwał głową.
Posiedział jeszcze chwilę i odszedł. Gdyby obje pamiętali, mieliby temat
do długiej rozmowy.
***
Cheryl siedziała przy stole Virilitageru i zestresowana wpatrywała się w stół Prudenabile. Wszystkie Sowy rozmawiały ze sobą, a czasem dyskutowały nad otwartymi książkami. Cheryl zastanawiała się kogo zaczepić. Potrzebne jej były korepetycje z eliksirów. A w takiej sprawie ktoś z Sów wydawał się najlepszym wyborem. Wreszcie Cheryl wstała. Postanowiła podejść do nich, a potem... Jeszcze nie miała planu co dalej, ale przecież wszystko się jakoś rozwiąże. Podeszła do stołu Prudenabile.
– Hej! - zawołała stając na ławce i w ten sposób zwracając na siebie uwagę. – Kto z was nudzi się dziś wieczorem? I jest dobry z eliksirów? - zapytała.
– Ja mogę się z tobą pouczyć. - odpowiedział jej czarnowłosy chłopak z niebieskimi oczami i okularami. Przystojny. Podszedł do niej i podał jej rękę.
– Darrel.
***
– Cheryl! - zawołała Vanessa. Na drugim końcu pokoju wspólnego zawołana podniosła zmęczone spojrzenie znad wypracowania na historię magii.
– Darrel do ciebie. Powiedziałam, że śpisz i zanim cię obudzę minie trochę czasu, więc masz jakieś pół godziny, aby się przygotować na randkę. - Na początku Vanessa krzyczała, ale w trakcie swojej wypowiedzi cały czas podchodziła do Cheryl, więc ostatnie słowa wyszeptała. Na to Cheryl zerwała się z poduszki, zostawiła przerwane w pół słowa wypracowanie i pobiegła do dormitorium.
***
Cheryl uśmiechała się do swoich wspomnień. Minęło tyle czasu. Teraz Cheryl miała już osiemnaście lat. Sama umiała przyrządzać eliksir orzeźwiający, znała wszystkich profesorów, imprezy nie były takie straszne, miała chłopaka Darrel'a Jenkins'a. Będzie mogła pić mały kieliszek wina do kolacji, a także alkohol na nieoficjalnych imprezach. To będzie jej ostatni rok w szkole. Za dziesięć miesięcy opuści mury Lapseatis na zawsze.
Równocześnie Cheryl miała wrażenie, że się wcale nie zmieniła. Wciąż była roztrzepana i trochę zapominalska. Nadal wyglądała jak słodka hipiska, a jej włosy ciągle się kręciły. Nadal nie umiała latać na miotle, a jej ulubionym przedmiotem była Opieka Nad Magicznymi Stworzeniami. Ciągle kłóciła się z Idiotą, lub jak kto woli Luke'iem, przyjaźniła się z Colleen i marzyła o tym, aby zostać trenerką hipogryfów w Zakładzie dla Magicznych Stworzeń w Kalifornii. Pamiętam przeszłość, żyję w teraźniejszości, chciałabym znać też przyszłość. - pomyślała Cheryl wstając z huśtawki i kierując się w stronę domu.
Cheryl siedziała przy stole Virilitageru i zestresowana wpatrywała się w stół Prudenabile. Wszystkie Sowy rozmawiały ze sobą, a czasem dyskutowały nad otwartymi książkami. Cheryl zastanawiała się kogo zaczepić. Potrzebne jej były korepetycje z eliksirów. A w takiej sprawie ktoś z Sów wydawał się najlepszym wyborem. Wreszcie Cheryl wstała. Postanowiła podejść do nich, a potem... Jeszcze nie miała planu co dalej, ale przecież wszystko się jakoś rozwiąże. Podeszła do stołu Prudenabile.
– Hej! - zawołała stając na ławce i w ten sposób zwracając na siebie uwagę. – Kto z was nudzi się dziś wieczorem? I jest dobry z eliksirów? - zapytała.
– Ja mogę się z tobą pouczyć. - odpowiedział jej czarnowłosy chłopak z niebieskimi oczami i okularami. Przystojny. Podszedł do niej i podał jej rękę.
– Darrel.
***
– Cheryl! - zawołała Vanessa. Na drugim końcu pokoju wspólnego zawołana podniosła zmęczone spojrzenie znad wypracowania na historię magii.
– Darrel do ciebie. Powiedziałam, że śpisz i zanim cię obudzę minie trochę czasu, więc masz jakieś pół godziny, aby się przygotować na randkę. - Na początku Vanessa krzyczała, ale w trakcie swojej wypowiedzi cały czas podchodziła do Cheryl, więc ostatnie słowa wyszeptała. Na to Cheryl zerwała się z poduszki, zostawiła przerwane w pół słowa wypracowanie i pobiegła do dormitorium.
***
Cheryl uśmiechała się do swoich wspomnień. Minęło tyle czasu. Teraz Cheryl miała już osiemnaście lat. Sama umiała przyrządzać eliksir orzeźwiający, znała wszystkich profesorów, imprezy nie były takie straszne, miała chłopaka Darrel'a Jenkins'a. Będzie mogła pić mały kieliszek wina do kolacji, a także alkohol na nieoficjalnych imprezach. To będzie jej ostatni rok w szkole. Za dziesięć miesięcy opuści mury Lapseatis na zawsze.
Równocześnie Cheryl miała wrażenie, że się wcale nie zmieniła. Wciąż była roztrzepana i trochę zapominalska. Nadal wyglądała jak słodka hipiska, a jej włosy ciągle się kręciły. Nadal nie umiała latać na miotle, a jej ulubionym przedmiotem była Opieka Nad Magicznymi Stworzeniami. Ciągle kłóciła się z Idiotą, lub jak kto woli Luke'iem, przyjaźniła się z Colleen i marzyła o tym, aby zostać trenerką hipogryfów w Zakładzie dla Magicznych Stworzeń w Kalifornii. Pamiętam przeszłość, żyję w teraźniejszości, chciałabym znać też przyszłość. - pomyślała Cheryl wstając z huśtawki i kierując się w stronę domu.
♪ ♪ ♪
Oto rozdział pierwszy. Mnie osobiście się podoba, choć nie wiem właściwe czemu. To rzadkość, żebym była zadowolona z czegoś co napisała. Zostawiam to Wam do oceny.
Vanila Charms
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za każdy komentarz. To naprawdę olbrzymia motywacja :)