Na
tajnym, czarodziejskim dworcu w Rochester w stanie Nowy Jork panował
olbrzymi ruch. Jak zawsze pierwszego września peron 4 wypełniony był uczniami i
ich rodzicami z ciężkim sercem oddającymi swoje pociechy pod opiekę
nauczycieli. Odgłosy nawoływań, niewyraźne miauknięcia, szczeknięcia oraz
wszelkie inne odgłosy wydawane przez ulubieńców młodych czarodziejów niosły się
po całym dworcu.
Gdzieś
wśród tego całego chaosu stała Cheryl ze swoim ojcem. Każde z nich trzymało
dwie, wypchane po brzegi walizki. Dziewczyna dodatkowo trzymała pod pachą
koszyk z Atillą. W pewnym momencie przez ogólny hałas przebił się pisk.
– Cheryl! - Dziewczyna obejrzała się. Sekundę później w ramię i policzek Cheryl uderzył długi rudoblond warkocz. Żebra Cheryl zostały zmiażdżone w uścisk Colleen. Dziewczyny nic nie mówiły. Bez słów zawarły umowę. Porozmawiamy w pociągu.
– Cheryl! - Dziewczyna obejrzała się. Sekundę później w ramię i policzek Cheryl uderzył długi rudoblond warkocz. Żebra Cheryl zostały zmiażdżone w uścisk Colleen. Dziewczyny nic nie mówiły. Bez słów zawarły umowę. Porozmawiamy w pociągu.
– Jedzie!
- rozległ się prawdopodobnie magicznie wzmocniony okrzyk. Wszyscy, łącznie z
Colleen rzucili się aby być jak najbliżej pociągu. Jednak Cheryl przytrzymała
ją za ramię i wyjęła różdżkę. Colleen przeczuła co planuje przyjaciółka i
uśmiechnęła się szeroko. Już po sekundzie obie dziewczyny razem z bagażami
uniosły się w powietrze i wyprzedzając biegnący tłum gładko wylądowały na
skraju peronu. Colleen natychmiast odsunęła się dalej, ale Cheryl pozostała w
tym samym miejscu. Colleen tylko westchnęła. Wiedziała, że przywoływanie
przyjaciółki do porządku jest bez sensu. Kiedy po chwili nadjechał nowoczesny,
biały pociąg pęd powietrza szarpnął ubraniami Colleen. Cheryl zachwiała się
niebezpiecznie, ale prawie natychmiast złapała równowagę. Lewitując za sobą
walizki ze śmiechem wbiegła do pociągu jako pierwsza.
– Opowiadaj! -
zażądała Cheryl jak tylko Colleen weszła do przedziału. Dziewczyna uśmiechnęła
się. Następnie rozpoczęła się długa i drobiazgowa opowieść o wakacjach. Cheryl
jednak nie słuchała jej zbytnio. Znała Colleen na tyle dobrze, że wiedziała iż
cała ta opowieść jest jedynie wstępem do jakiejś niezwykle ważnej informacji.
– Dobra,
przejdź do sedna. Co jest największym wydarzeniem tego lata? - zapytała Cheryl
po piętnastu minutach monologu Colleen. W odpowiedzi dziewczyna roześmiała się.
– Mam
chłopaka! - pisnęła podekscytowana. Na to Cheryl przewróciła oczami.
– Który
to już? Dwudziesty?
– Szesnasty.
- sprostowała Colleen z obrażoną miną. Cheryl wzruszyła ramionami.
– Co
za różnica.
– Ale
tym razem to coś innego! - oburzyła się Colleen. - Widzisz, on też mieszka w
Phoenix. Spotkałam go 9 lipca w parku obok mojego domu. Jakoś tak się
zgadaliśmy. No i siedzieliśmy razem prawie dwie godziny. Na początku w ogóle
nie mieliśmy spotykać się drugi raz. Ale dwa dni później byłam na koncercie. I
tam też na siebie wpadliśmy. Bawiliśmy się razem i było świetnie. Wtedy
umówiliśmy się na następne spotkanie. I okazało się, że mamy więcej tematów do
rozmowy. I tak jakoś wyszło, że spotykaliśmy się coraz częściej. Aż wreszcie 5
sierpnia oficjalnie zostaliśmy parą.
– Znam
go? - zapytała Cheryl udając, że nie jest zbyt zainteresowana. W rzeczywistości
zżerała ją ciekawość. To faktycznie było co innego. Nie zostali od razu parą.
Najpierw spotykali się prawie miesiąc. No i razem byli też już prawie miesiąc.
To jeden z najdłuższych związków Colleen.
– Tak.
- odparła Colleen równocześnie rzucając Cheryl niespokojne spojrzenie. Wtedy
Cheryl przestała udawać, że nic jej nie obchodzi nowa miłość Colleen.
Wyprostowała się na siedzeniu i prawie wykrzyknęła
– Kto
to?
– Chciałabym,
żebyśmy oboje ci powiedzieli. Dowiesz się dzisiaj na uczcie powitalnej.
– I
myślisz, że teraz będę w stanie myśleć o czymkolwiek... Co to jest?! -
wykrzyknęła Cheryl. Na jej kolanach leżała książka w kremowej okładce, bez
żadnych napisów. Na książce spoczywała róża z białą wstążeczką. Obie dziewczyny
patrzyła na to w osłupieniu.
– Przed
chwilą jej nie było.
– Tu
jest coś napisane! - wykrzyknęła Colleen wskazując wstążkę. Przybliżyła się do
Cheryl i wspólnie odczytały. Powodzenia - głosił napis. Przyjaciółki
spojrzały na siebie i naradziły bez słów. Cheryl otworzyła książkę na pierwszej
stronie. Dziewczyny zobaczyły teraz, że to nie książka. Wnętrze było zapisane
odręcznym pismem. Był to prawdopodobnie pamiętnik. Cheryl i Colleen zaczęły
czytać.
Kochani
rodzice to ja. Wasza córka Rilla. Zamierzam zapisać tu
wszystko co chciałabym wam opowiedzieć. To chyba zacznę od początku.
Obecnie mam 10 lat. Kiedy
patrzę w lustro zastanawiam się w czym jestem do was podobna. Jestem bardzo
drobna i niska. Mam proste, bardzo jasne, prawie białe włosy, ścięte do ramion.
Oczy mam zielone zupełnie jak świeża trawa. Moja cera jest blada. Chyba nie
mogłam po was odziedziczyć zamiłowania do ciemnych ubrań i martensów. Aha, no i
jestem "trudnym dzieckiem".
Moją
opiekunką jest, według prawa, Tammar. Moja "babcia". To znaczy twoja
mama, mamo. Nie wiem jak ma na nazwisko, ani jak ty miałaś mamo. Nawet nie
pamiętam jak wygląda. Nie widziałam jej od 6 lat. Kiedy miałam 4 latka
umieściła mnie w jakieś szkole z internatem dla bogatych trudnych dzieci.
Szybko zorientowałam się, że w tej szkole uczą się zwykłe dzieci dla których
rodzice nie mają czasu. Większość wraca do rodziny na wakacje i ferie. Ja
jestem całoroczna. Tak jak moja przyjaciółka Cathy. "Babcia" nie chce
mnie w domu.
Nasze
opiekunki są bardzo miłe. Starają się jak mogą, żebyśmy wszyscy mieli normalne
dzieciństwo. Tylko, że to niemożliwe.
Jutro
wszystko ma się zmienić. Ukończyłam tą szkołę. Muszę wrócić.
Dzisiaj
wieczorem grałam "Endless Love" na pianinie. Umiem grać tylko tą
jedną melodię, ale to w niczym nie przeszkadza. Zawsze kiedy ją gram myślę o
was. Zastanawiam się czy można kochać kogoś, kogo się nawet nie pamięta. Kogoś
kto jest tylko imieniem. Rozmawiałam kiedyś o tym z Cathy. Pamiętam co mi
odpowiedziała "To nie byłoby takie złe - nie mieć rodziców. Mogłabym
wyobrażać ich sobie jako wspaniałych ludzi, którzy wcale nie chcieli mnie
opuszczać. A tak? Nie pamiętam ich, ale wiem że umieścili mnie tu z własnej
woli. Z własnej woli nie chcieli mnie na wakacjach. Zostawili mnie samą."
Wyjaśnię, że mama Cathy jest na odwyku, leczy się z narkotyków. Ojciec jest
pracoholikiem który łatwo rozwiązuje problemy. Żona narkomanka - usunąć. Córka,
potrzebująca uwagi - usunąć.
Szkoda,
że nie ma szkoły z internatem dla trudnych rodziców.
A
ja? "Babcia" jest bogata. Nazywa się Tammar. Nie chce mnie w swoim
domu. Mieszka gdzieś w Nowym Orleanie. Tylko tyle wiem o mojej jedynej
rodzinie. A wy? Wy jesteście tylko imionami. Nie wiem dlaczego, ani jak to się
stało że nie żyjecie. Nie mam ani jednego waszego zdjęcia. Nie wiem nawet ile
miałam lat, kiedy umarliście. Cheryl i Luke Ortwain. Tylko tyle mam.
– Co?!
- wykrzyknęły obie przerywając czytanie. Spojrzały na siebie. W ich
spojrzeniu zdziwienie mieszało się z przestrachem.
– Ale...
Ale to niemożliwe. - wyjąkała Cheryl. Colleen przez kilka sekund wpatrywała się
tępo w kartkę z pamiętnika Rilli.
– Może nie chodzi o ciebie? - zapytała
z nadzieją w głosie Colleen. Cheryl wolno pokręciła głową.
– Chciałabym.
Ale moja matka nazywa się Tammar, a ja jestem Cheryl. Zbyt duży przypadek.
– Sprawdź
rok w którym wyprodukowano pamiętnik, znaczy ten zeszyt czy co to tam jest. -
zaproponowała rozpaczliwie Colleen. Cheryl przez jakiś czas szukała daty.
Wreszcie odezwała się zmienionym głosem.
– Dwanaście
lat. - powiedziała.
– Dwanaście
lat temu? Jak to możliwe?
– Nie.
Nie dwanaście lat temu. Za dwanaście lat.
***
Uczniowie wylewali się z Auli. Po powitalnej uczcie mogli myśleć tylko o czekających na nich dormitoriach. Cheryl
stała przy wyjściu zdenerwowana. Czekała na Colleen i Luke'a już od
kilku minut. Zdecydowanie mieli o czym porozmawiać. Wreszcie zobaczyła, że się
zbliżają.
– Wreszcie
jesteście. Mamy dużo do omówienia.
– Jak
to? - zdziwił się Luke. – Tu nie ma nic do omawiania.
– Nie masz pojęcia jak bardzo się mylisz.
– Wcale
nie potworku. To proste. Albo z kimś jesteś, albo nie.
– Co?
- zdziwiła się Cheryl – Wytłumacz mi o co chodzi.
– To
chyba nie jest najlepszy moment. - wtrąciła Colleen.
– Dlaczego?
Mieliśmy jej powiedzieć przed ucztą. Nie powiedzieliśmy i potem cały czas siedziałaś jakaś nieobecna, w
ogóle mnie nie słuchałaś.
– Co
mieliście mi powiedzieć? - zapytała wolno Cheryl
– To
naprawdę nie jest dobry moment. - wtrąciła Colleen coraz intensywniej
szturchając Luke'a łokciem.
– Ależ
to doskonały moment. Sama twierdziłaś, że im szybciej tym lepiej. No więc
potworku, ja i Colleen jesteśmy razem. - Cheryl dłuższą chwilę trawiła tę
informację. Wreszcie kucnęła i zaczęła systematycznie przeszukiwać podłogę.
Colleen i Luke stali nad nią z głupimi minami ludzi, którzy nie mają pojęcia co
się dzieje.
– Dobrze
się czujesz potworku? - zapytał Luke. Po kilku sekundach, kiedy Cheryl nie
zareagowała w żaden sposób Colleen kucnęła obok przyjaciółki.
– Cheryl,
co robisz? - zapytała tonem, który wskazywał że jej rozmówca jest niespełna
rozumu.
– Szukam
szczęki. Powinna gdzieś tu leżeć. - odparła Cheryl ze stoickim spokojem.
***
Była
noc. Gwiazdy świeciły na ciemnym niebie, a księżyc dawał nikłą poświatę. Jego
blask odbijał się w jeziorze znajdującym się ponad sto metrów niżej. Najwyższa
wieża Lapseatis, Wieża Astronomiczna górowała nad całym tym krajobrazem. Na jej
szczycie nie wolno było przebywać żadnemu uczniowi bez opieki.
A
jednak w nikłym świetle księżyca majaczyły niewyraźniej trzy postacie.
Cheryl,
Colleen i Luke spotkali się, aby przedyskutować sprawę dziwnego pamiętnika.
Cheryl siedziała na murku, z nogami puszczonymi po zewnętrznej stronie wieży.
Colleen nerwowo krążyła po tarasie. Obie czekały aż siedzący pod ścianą Luke
odczyta swoje nazwisko. Wreszcie zobaczyły jak chłopak bezgłośnie porusza
ustami.
– Cheryl
i Luke Ortwain? Cheryl i Luke?! - zapytał ledwie powstrzymując się od krzyku.
Wiedział, że jeśli ktoś ich tu przyłapie będą mieli szlaban na kilka
miesięcy. W najgorszym razie, jeśli trafią na profesor Gutierrez mogą się nawet
pożegnać ze szkołą na zawsze.
– To
jeszcze nic. Sprawdź rok produkcji.
– Ale...
To przyszłość. - oznajmił cicho Luke wpatrując się w datę. Cheryl pokiwała
głową.
– Co
teraz? - zapytała Colleen. Nikt nie potrafił jej odpowiedzieć.
– Czekaj.
Jeśli to jest prawdziwe... I zostanie wydane za dwanaście lat... A Rilla będzie
miała wtedy dziesięć... To znaczy, że urodzi się za dwa lata... Czyli za dwa
lata... My... Potworek i ja... Będziemy mieli razem dziecko?! I... Cheryl Ortwain... Potworek będzie moją żoną?!
– A
skoro w wieku czterech lat Rillą opiekuje się już moja matka... To znaczy, że
za najdalej sześć lat będziemy martwi. - dokończyła Cheryl nieswoim głosem.
Spojrzeli po sobie.
– No
to mamy problem.
– I to całkiem spory.
***
Przez
cały dzień Cheryl siedziała jak na szpilkach. Prawdę mówiąc nie miała pojęcia
ani o czym mówili na lekcjach, ani nawet jakie lekcje to były. Mechanicznie
robiła notatki i miała nadzieję, że nie zapisała żadnych głupot. Kiedy lekcje
wreszcie dobiegły końca Cheryl pobiegła wprost do Trzeciej Wieży.
Była
to najniższa z wież uniwersytetu, ledwie wystająca ponad dach najwyższego
piętra. Nie była zbudowana na planie koła, tak jak pozostałe. Jej podstawą był
trójkąt z zaokrąglonymi wierzchołkami. Jej największą zaletą była niezliczona
liczba różnych zakamarków, ukrytych przejść i tajemnych pokoi. Nie prowadzono w
niej żadnych zajęć, była właściwie nieużywana. Zapewne właśnie z tego powodu
nie doprowadzono do niej światła. Jedynym oświetleniem były stare żyrandole ze
świeczkami, które zresztą także nie występowały wszędzie. Było to ulubione
miejsce Cheryl.
Właśnie
tam umówiła się z Luke'iem. Czuła się trochę jak zdrajczyni, chociaż nie robiła
niczego złego. Z drugiej strony Luke był chłopakiem jej najlepszej
przyjaciółki. Spotykanie się z nim potajemnie niewątpliwie było zdradą Colleen.
Z trzeciej strony Luke na pewno powiedział Colleen gdzie i po co idzie, oraz z
kim będzie. Z kolejnej strony Luke nie musiał się spowiadać przed Colleen, a
jeśli ona przyłapałaby ich to wtedy... Co? Przecież nie będą robili niczego
niewłaściwego. Muszą tylko ustalić parę faktów. I przeczytać resztę pamiętnika,
ich córki. Ich córki, która jeszcze nawet się nie urodziła i która napisze ten
pamiętnik za dwanaście lat. Nawet w głowie Cheryl głupio to brzmiało. Lepiej
czułaby się gdyby oprócz niej i Luke'a była tu także Colleen. Jednak rozmawiać
z Colleen o dziecku swoim i jej chłopaka było chyba jeszcze gorsze. Po
rozważeniu tego wszystkiego Cheryl uznała, choć bardzo niechętnie, że
zdecydowanie woli spotkać się tylko z Luke'iem.
– Cześć
potworku. - odezwał się Luke tuż za jej plecami. Cheryl podskoczyła, a
pamiętnik wypadł jej z rąk. Cheryl szybko go podniosła i ruszyła krętymi
korytarzami Trzeciej Wieży. Po kilku minutach osiągnęła swój cel. Stała przed
niskimi drzwiami. Aby przez nie przejść nawet drobna Cheryl musiała się
pochylić. Z odrobiną złośliwej satysfakcji obserwowała jak wyższy o głowę Luke
przechodzi przez nie schylony wpół. Drzwi prowadziły do krótkiego, ślepego
korytarzyka. Tak się przynajmniej wydawało Luke'owi. Jednak Cheryl nawet nie
zwalniając weszła kierowała się prosto w ścianę.
– Oszalałaś?
- zapytał zdziwiony Luke. W odpowiedzi Cheryl tylko się zaśmiała i gładko
przeniknęła przez ścianę. Zdziwiony Luke podążył za nią.
Za
ścianą panowała całkowita ciemność.
– Duuuuchy...
- rozległ się głos Cheryl. Równocześnie zapłonęła zapałka, a w jej nikłym
świetle ukazała się zdziwiona twarz Luke'a. Cheryl roześmiała się zapalając
równocześnie dwie pochodnie przymocowane do ścian. Dopiero teraz Luke mógł się
dokładniej przyjrzeć otoczeniu.
Znajdowali
się w niewielkim, trójkątnym pomieszczeniu bez okien. Jedynymi źródłami światła
były pochodnie. W ich blasku Luke dostrzegł poduszkę i kubek. Obok zauważył
czajnik. Wdało mu się to dziwne. W końcu jeśli ktoś chciałby herbatę, mógłby ją
zwyczajnie przywołać z kuchni.
– Często
tu przychodzisz?
– Tylko
kiedy chcę się kogoś dyskretnie pozbyć. Nikt na zewnątrz nie usłyszy krzyków. Żadnych świadków, żadnych niewygodnych pytań. Siadaj. - powiedziała Cheryl wskazując na drugą poduszkę, której
wcześniej nie zauważył chłopak.
– Dla
kogo to?
– Dla
pewnego upierdliwego minionka.
– Zbytek
łaski, Mała Mi. - odparł Luke wykonując w kierunku Cheryl karykaturalny ukłon.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Jednak kiedy ich spojrzenia padły
na leżący między nimi pamiętnik natychmiast spoważnieli.
– Masz
jakiś pomysł? - zapytał Luke. Cheryl pokręciła głową
– Jedyne
co możemy zrobić to czytać dalej.
Dzisiejszy
dzień jest okropny. Musiałam pożegnać się z Cathy. Prawdopodobnie na zawsze.
Rozstajemy się pierwszy raz od sześciu lat. To wcale nie jest łatwe. Żadna z
nas nie jest szczęśliwa z powodu powrotu. Robiłyśmy co się dało, aby przedłużyć
nasz pobyt w szkole. Ale już połowa lipca. Dłużej nie można tego ciągnąć.
Teraz
siedzę w pociągu do Nowego Orleanu. Boję się spotkania z Tammar. Czy raczej
babcią. To słowo jest takie dziwne, nienaturalne. Zwłaszcza w odniesieni do
kogoś, kogo nie znam. Myślę, że Tammar jeszcze bardziej się przestraszy kiedy
mnie zobaczy. W końcu mój wygląd idealnie pokrywa się z jej wyobrażeniami
trudnego dziecka. Bo "ciemne ciuchy i martensy to firmowy znak
chuliganów". Do tego ten wisiorek z karabinem. Nie wiem skąd go mam. Odkąd
sięgam pamięcią miałam go na szyi.
Przez
chwilę nawet zastanawiałam się, czy nie kupić sobie różowego sweterka i białej
spódniczki. Porzuciłam ten pomysł prawie natychmiast. Skoro potrafiła
stwierdzić, że jestem "trudna" sześć lat temu to
niech się przekona co to znaczy. Specjalnie będę najgorsza jak się tylko da. Zrobię jej piekło.
– To
bez sensu. - stwierdziła Cheryl przerywając czytanie. - Rilla potrzebuję
opieki, kogoś bliskiego. A w ten sposób tylko jeszcze bardziej zniechęci do
siebie Tammar. - Nawet jeśli Luke zwrócił uwagę, że Cheryl nie użyła słowa
"mama" nie dał nic po sobie poznać. Zamiast tego odpowiedział
– Wcale
nie. Babcia Rilli sama stworzyła sobie trudne dziecko. W wieku czterech lat prawie w ogóle nie
można określić charakteru człowieka. Praktycznie wszystko wykształca
się później pod wpływem wychowania. Tammar już na początku przekreśliła Rillę i
pozbyła się jej najszybciej jak mogła. Nie wiem tylko dlaczego. Rilla prawie od
początku miała świadomość, że gdzieś tam jest babcia która jej nie chce. Teraz
ona też nie chce Tammar. Potrzebuje jej, ale nieświadomie. Zamierza pokazać się
swojej babci od najgorszej strony, co tylko utwierdzi Tammar w przekonaniu, że
podjęła właściwą decyzję. W końcu Rilla udowodni jej, że jest trudna. Zafundują
sobie nawzajem dwa miesiące piekła. Ale tą drogę wybrała Tammar sześć lat temu.
Teraz już trochę za późno na poprawę relacji. Czyżby nasz potworek o tym nie
wiedział?
– Mówisz jak prawdziwa Sowa. Może powinieneś jeszcze raz pogadać z
Przeznaczeniem?
– JA
trafiłem do właściwego domu, nie wiem jak ty. A jeśli chodzi o Sowy, to jak tam
ten twój chłoptaś?
– Nie
nazywaj go tak! Zresztą co cię to obchodzi? Czyżbyś chciał zająć jego miejsce?
– I
tak je zajmę. Za najdalej dwa lata.
– Och,
zamknij się!
Jestem
już w Nowym Orleanie. Trzymajcie za mnie kciuki.
Teraz
siedzę już w swoim-nieswoim pokoju w ogromnej willi Tammar. Już na stacji nie
było zbyt wesoło. Po pierwsze, żadna z nas nie wiedziała jak wygląda ta druga.
Wreszcie po piętnastu minutach oczekiwania podeszłam do strażnika. On
zaprowadził mnie do biura dzieci zagubionych, czy jakoś tak. Był bardzo
zdziwiony kiedy nie potrafiłam mu opisać swojej "babci". W końcu
chyba nadał jakiś komunikat. Po około dziesięciu minutach pojawiła się Tammar.
Po jej minie poznałam, że dokładnie tak wyobrażała mnie sobie w najgorszych
koszmarach. Świetnie. "Cześć Rilla. Dawno cię nie widziałam. Ale ty
wyrosłaś. Pewnie jesteś zmęczona po podróży. Chodź, odpoczniesz w domu"
nie, nie to usłyszałam. Pierwsze słowa jakie usłyszałam od Tammar brzmiały
"Idziemy"
– Co?!
- przerwał oburzony Luke. – Tak powitała wnuczkę po sześciu latach?
Dziesięcioletnie dziecko?
– Jakoś
nie trudno mi w to uwierzyć. - powiedziała Cheryl. Luke spojrzał na nią czujnie.
Spodziewał się smutku w oczach, albo głosie. Jednak z Cheryl promieniowała
tylko złość.
***
– Cheryl!
Mówię do ciebie od pięciu minut! - zawołał Darrel szturchając dziewczynę w
ramię. Cheryl obrzuciła go nieobecnym spojrzeniem. Wpatrywała się w niego przez
kilka sekund, aż jej oczy stały się okrągłe jak spodki. Sprawiała wrażenie
jakby dopiero teraz go zauważyła.
– Och!
Cześć! Dawno się nie widzieliśmy! - zawołała rzucając mu się na szyję. Przy
okazji potrąciła szklankę pełną soku i jej zawartość wylądowała na obrusie.
Cheryl zaśmiała się cicho. Darrel leniwym machnięciem różdżki likwidował plamę
i obrzucił dziewczynę przenikliwym spojrzeniem.
– Przecież
wczoraj rozmawialiśmy. Dlaczego nie przyszłaś?
– Gdzie
nie przyszłam?
– Umówiłem
się z tobą. Miałaś poczekać na mnie koło Mnicha Baletmistrza. Mówiłem ci to po
ostatniej lekcji. A ty pokiwałaś głową i gdzieś pobiegłaś. - Cheryl zaklęła w
duchu. Wtedy śpieszyła się do Trzeciej Wieży. Jak to możliwe, że nie zauważyła
Darrel'a?
– Naprawdę?
Przepraszam, jestem jakaś rozkojarzona... To co, może odrobimy to dzisiaj?
Obiecuję, że przyjdę!
– No
nie wiem... Dam ci znać później. - odparł Darrel, ale po iskierkach w jego
oczach Cheryl poznała, że się zgodzi.
***
Słońce
właśnie zachodziło, zabarwiając niebo na odcienie złota i czerwieni. Na skraju
lasu trwał piknik. Granatowy koc zajmowały rozmaite wykwintne potrawy,
oraz jedna butelka wina. Cheryl i Darrel siedzieli przytuleni do siebie
wpatrując się w horyzont.
Cheryl
wciąż nie mogła uwierzyć, że nie tylko wymknęli
się razem z uniwersytetu, ale także wzięli ze sobą wino.
– I
co, warto było przyjść? - spytał cicho. Cheryl lekko skinęła głową.
– Wciąż
nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś.
– Co,
złamałem kilka reguł? Jesteś dla mnie wszystkim. Moim życiem, radością,
nadzieją. Moim słońcem, gwiazdą i księżycem. Moją nocą i dniem. Jesteś
wszystkim co dobre i piękne. Wszystkim co ważne. Jedynym celem mojego życia
jest dbanie o to, żebyś była szczęśliwa. Nie ważne jakie konsekwencje poniosę.
- wygłosił płynnie Darrel. Cheryl tylko się w niego wtuliła. Kochała Darrel'a. On był bardzo
romantyczny, często sypał tekstami jak z Shakespeare'a i to z taką łatwością,
jakby mówił o pogodzie. Dziewczyna czuła się przy nim jak księżniczka.
– Za
nas. - powiedziała unosząc kieliszek.
– Za
nas.
***
Damskie dormitorium Virilitageru nie zmieniło się wiele w ciągu tych dziewięciu lat. Było to. to samo dość duże pomieszczenie gdzie całą jedną ścianę zajmowało okno. Podłogę pokrywał cudownie miękki czerwony dywan. Stały tam także trzy drewniane szafy, po jednej dla każdej z dziewcząt. Trzy ogromne, miękkie łoża z baldachimem, aż prosił aby się w nie zanurzyć. Jednak po tak długim czasie widać było więcej osobistych akcentów.
Nad łóżkiem Cheryl wisiało to jedno rodzinne zdjęcie, a obok niego kilka winylowych płyt. Nie było na nich żadnych piosenek. Płyty taty, te pamiątkowe spoczywały bezpiecznie w kufrze. Jednak był to słodki sekret Cheryl i nikt o nim nie wiedział.
– Cheryl! Cóż się stało, że zaszczyciłaś nas swoją obecnością? - zawołała Alison na widok dziewczyny wchodzącej do sypialni.
Damskie dormitorium Virilitageru nie zmieniło się wiele w ciągu tych dziewięciu lat. Było to. to samo dość duże pomieszczenie gdzie całą jedną ścianę zajmowało okno. Podłogę pokrywał cudownie miękki czerwony dywan. Stały tam także trzy drewniane szafy, po jednej dla każdej z dziewcząt. Trzy ogromne, miękkie łoża z baldachimem, aż prosił aby się w nie zanurzyć. Jednak po tak długim czasie widać było więcej osobistych akcentów.
Nad łóżkiem Cheryl wisiało to jedno rodzinne zdjęcie, a obok niego kilka winylowych płyt. Nie było na nich żadnych piosenek. Płyty taty, te pamiątkowe spoczywały bezpiecznie w kufrze. Jednak był to słodki sekret Cheryl i nikt o nim nie wiedział.
– Cheryl! Cóż się stało, że zaszczyciłaś nas swoją obecnością? - zawołała Alison na widok dziewczyny wchodzącej do sypialni.
– Czy
ja wiem... Może się stęskniłam? - zasugerowała z uśmiechem Cheryl
– Za
swoim łóżkiem? - podsunęła Vanessa.
– Jak
wy mnie dobrze znacie! - zaśmiała się Cheryl.
– A
za nami nie? - zapytała Alison udając oburzenie.
– Za
wami...? Czy ja wiem... - przeciągnęła Cheryl
– Ej!
- zawołała Vanessa rzucając w Cheryl poduszką z precyzją szukającej. Ta nie
pozostała jej dłużna, i już po chwili rozgorzała walka. W pewnym momencie
Cheryl w ostatniej chwili uchyliła się przed nadlatującym pociskiem, w wyniku
czego poduszka trafiła prosto w twarz zaskoczonej Alison. Ta natychmiast
postanowiła się zemści. W ten prostu sposób cały pokój wypełnił się pierzem
oraz okrzykami bitewnymi.
***
Rano
Cheryl przetarła oczy i obrzuciła sypialnię spojrzeniem. Nie jest tak źle.-
pomyślała patrząc na walające się wszędzie pierze. Dziewczyna sięgnęła
różdżkę, kiedy jej dłoń natrafiła na liście. Cheryl zamarła. Spojrzała na
szafkę. Na szczęście leżała tam tylko róża, którą dostała z pamiętnikiem
Rilli.
Cheryl
już prawie odetchnęła z ulgą, kiedy przypomniała sobie jeden dość istotny
szczegół. To było tydzień temu. Żaden ścięty kwiat, nie wytrzymałby tyle bez
wody. Chyba, że rzucono na niego jakiś czar. Tylko jaki? I po co? Do tej pory
Cheryl myślała, że róża była tylko dodatkiem do pamiętnika. Ładną oprawą dla
czegoś naprawdę istotnego. Jak opakowanie prezentu, albo ramka na zdjęcia.
Teraz w głowie dziewczyny zrodziła się myśl, że może się myli. Może ta róża coś
znaczy. Może jest tak samo ważna jak pamiętnik. Ale co ktoś mógłby chcieć
przekazać przez różę?
Z
tego co wiedziała Cheryl róża, zwłaszcza czerwona była symbolem miłości. Ale to
przecież bez sensu. Innej wymowy kwiatu nie znała. No bo, nie oszukujmy się
Cheryl nie pałała namiętnością do książek.
***
Cheryl
i Luke siedzieli naprzeciw siebie w jednym z pomieszczeń, Trzeciej Wieży.
Pamiętnik Rilli leżał między nimi, jak odbezpieczony granat.
– Wiem,
co możemy zrobić. - oznajmił nagle Luke. – Długo się nad tym zastanawiałem i
wreszcie wymyśliłem rozwiązanie idealne. Oczywiście tylko, taki geniusz jak ja
mógł na to wpaść. Twój nastawiony na szaleńczą głupotę móżdżek nie poradziłby
sobie z tym.
– Uważaj
lepiej, żeby podłoga się nie zawaliła od ciężaru twojego ego. To byłby dłuuugi
lot w dół. - odparowała Cheryl. Luke albo uniósł się honorem i zignorował
zaczepkę, albo nie wymyślił dość szybko celnej riposty. Odezwał się dopiero po
kilku sekundach.
– Wystarczy,
że zignorujemy ten pamiętnik. Zapomnimy o całej sprawie. I przypilnujemy, żeby
się w sobie nie zakochać. Ale to akurat nie trudne. Zakochać się w tobie to jak
zakochać się w... - Luke przerwał. Nigdy nikomu, nawet samej Cheryl nie
sprecyzował co właściwie do niej czuje. Byli wrogami. Powiedzmy. Trochę
niecodziennymi. Przenigdy nie przyznałby się komukolwiek, że żywi do potworka
jakieś ciepłe uczucia.
Jednak
teraz się zdradził. Powiedział o kilka słów zbyt dużo. Choć nie ujawnił niczego
konkretnego, wiedział, że zaciekawił Cheryl. Dziewczyna będzie się starała za
wszelką cenę wydobyć z niego informacje. A była bardzo uparta.
Jedyna
nadzieja w tym, że on okaże się bardziej nieustępliwy. Albo wymyśli inne,
wiarygodne rozwiązanie.
– W..?
– W
przyjaciółce mojej dziewczyny. - Cholera. Bardziej idiotycznie nie dało się
odpowiedzieć.
– Brawa
za kreatywność. I gdzie ten słynny wężowy spryt? Spodziewałam się po tobie
lepszego kłamstwa.
– Więc
co zrobimy z pamiętnikiem? Realizujemy mój wspaniały plan? - zapytał Luke, aby
odciągnąć uwagę Cheryl. Dziewczyna jeszcze przez chwilę przypatrywała mu się
mrużąc podejrzliwie oczy. Dopiero po kilku chwilach pokręciła głową.
– Wydaje
mi się, że wcześniej tak właśnie zrobiliśmy. I spójrz jak wyglądała nasza
przyszłość. Dostaliśmy jakąś szansę i nie możemy jej zmarnować. Musimy coś
zmienić.
– Ale
co? I jak? - zapytał Luke. Cheryl wzruszyła ramionami.
– Musimy
przeczytać pamiętnik. Na pewno jest tam coś ważnego. Poza tym to podobno ty
jesteś od genialnych pomysłów.
To
już tydzień w tym domu. Czuję się tu bardzo samotna. Ta willa jest ogromna i
taka pusta. Jestem w niej tylko ja i Tammar.
Przeszłam
cały ten dom, zajrzałam do każdego pokoju. Moje kroki odbijały się echem w
korytarzach. Wszystko tu jest martwe. Obce. Wrogie. Liczyłam, że kiedy się tu
znajdę, odnajdę jakiś ślad po Tobie mamo. Miałam nadzieję, że znajdę Twoje
zdjęcie, chociaż jedno. Ale nie ma nic! Nawet najmniejszego śladu, że
kiedykolwiek miałaś z nią cokolwiek wspólnego. I wciąż nic o was nie
wiem.
Tak
bardzo mi was brakuje. Gdybyście tu byli wszystko wyglądałoby inaczej. Może
pomoglibyście mi zrozumieć to wszystko.
Dzisiaj
przyszedł list. To jasne, że jakieś przychodzą codziennie, ale ten był inny.
Na
jego widok Tammar zbladła. Zacisnęła mocno palce na kopercie. A potem podarła
list, nawet nie zaglądając do środka. Zrobiłam o to sporą awanturę, bo na
kopercie było moje imię i nazwisko. To był list do mnie! A potem, było już
tylko dziwniej.
Zaraz
przyszedł następny. Na to Tammar zmieniła strategię. Westchnęła otworzyła
list. Wyjęła ze środka kartkę, rozłożyła i podarła nie czytając ani linijki. Ja
też nic nie przeczytałam. Znowu była awantura.
Kilka
godzin później pojawiła się jakaś kobieta. Była ubrana w elegancki, damski
garnitur. Na jej widok, Tammar ponownie zbladła. Zaprowadziła kobietę do
salonu, a mnie zamknęła drzwi przed nosem. Wybaczcie, ale podsłuchiwałam.
Chodziło
o mnie. I to bardzo, bardzo o mnie! Wyraźnie słyszałam swoje imię. I jestem
pewna, że to ma coś wspólnego z tym listem. Ta kobieta chyba się przedstawiła,
ale niedosłyszałam. Potem zapytała Tammar, czy jest moją prawną opiekunką. A
potem powiedziała coś takiego: "Jak pani zapewne wie, Rilla Ortwain
została przyjęta do Uniwersytetu Magii Lapseatis. Czy..." i wtedy Tammar
przerwała jej gwałtownym "Nie!" Kobieta starała się ją przekonywać,
mówiła coś o mocy wymakającej się spod kontroli. Ale Tammar była nieugięta.
"Nie zgadzam się, nie chcę powtórki." powiedziała. Kobieta próbowała
okazać jej zrozumienie, ale Tammar zaprotestowała. "Niczego pani nie
rozumie. Nie ma pani pojęcia, jak to jest. Nie zgadzam się, żeby Rilla stała
się taka jak ona!
" Żadna z nich nie ustępowała. Rozmawiały w szeptem przez kilka minut, tak
że słyszałam tylko niewyraźne szmery. Wreszcie kobieta stwierdziła "Jeśli
pani jej nie pomoże, może stać się coś o wiele gorszego. Ministerstwo wyda
nakaz. Przyjdą tutaj. I nie będą się przejmować współczuciem czy zrozumieniem.
Jeśli Rilla nie nauczy się kontrolować, może stać się niebezpieczna."
Tammar chyba coś jej odpowiedziała, ale nie usłyszałam, bo musiałam odejść.
Kobieta już wchodziła, a nikt nie mógł mnie przyłapać.
W
głowie mi szumi. Jaka magia? Jaka moc? O czym one mówią? Jaki to ma związek ze
mną? No i kim jest ta ona?
Na co właściwie Tammar się nie zgadza? Czego się tak boi?
– Myślałam,
że listy z uniwersytetu przynoszą kruki. - zdziwiła się Cheryl. Dokładnie
pamiętała jaka była zaskoczona widząc czarnego ptaka lecącego do niej z
kopertą.
– Tylko
jeśli przynajmniej jedno z rodziców jest czarodziejem, lub czarownicą. Do rodzin mugoli list
przychodzi pocztą. - wyjaśnił Luke przemądrzałym tonem. – A co? - zapytał. Cheryl
zmarszczyła brwi. Przecież jej rodzice nie byli magiczni. Jej zdolności były
dla nich szokiem.

Super :)
OdpowiedzUsuń