Nocą
w uniwersytecie panuje rozkoszna cisza. Śpiący uczniowie nie mogą hałasować.
Zaszyci w swoich sypialniach nauczyciele nie złoszczą się, próbując zapanować
nad młodzieżą. Idealną ciszę zakłóca tylko od czasu do czasu szelest piór kruków
wylatujących przez okna ptaszarni, albo miarowy stukot butów samotnego
nauczyciela, który patroluje korytarze. Jego zadaniem jet dopilnować, aby żaden
z uczniów nie przebywał poza swoim domem.
A
jednak Cheryl kpiła sobie z nich siedząc na dachu uniwersytetu. Spoglądała na
gwiazdy i wysyłała do nich swoje myśli. Wiatr, który zawsze wieje na takiej
wysokości zdawała się ją otulać. Jak ramiona prawdy, które nie słodzą, ale
przygotowują na to co będzie. Cheryl kochała noc, bo miała wrażenie, że tylko
ona naprawdę ją rozumie.
Wreszcie
Cheryl nie musiała udawać. Łzy mogły swobodnie płynąc po jej policzkach. Nikt
nie mógł jej zobaczyć i ocenić. Mogła wylać swoje smutki przed gwiazdami, a
potem, rano znów być twarda.
Cheryl
bolało to, że jej matka nie ma w swoim domu żadnego jej zdjęcia. To prawda, że
rozstały się dziesięć lat temu i to w dość burzliwy sposób. Cheryl dłużej już
żyła bez niej, niż z nią. Ale żeby udawać, że jej nigdy nie było? To nigdy nie
przyszłoby Cheryl do głowy. Ona wciąż miała zdjęcie jak całą rodziną byli na
pikniku: ona, tata, matka i Steve. Kiedy przeczytała, że matka wymazała ją
całkowicie jakaś zimną ręka ścisnęła serce dziewczyny.
No
i Steve... Rilla pisała, że dom był pusty, że prócz niej i Tammar nie było
nikogo, więc gdzie był on? Przecież powinien mieć wtedy dwadzieścia cztery
lata. No i wciąż był niepełnosprawny. Czy matka zostawiłaby go? Czy nie miałaby
gdzieś jego zdjęcia? Czy nie dzwoniłaby? Czy przez ten tydzień, żadne z nich
nie odwiedziło się nawzajem? Cheryl bardzo się o niego martwiła. Oddałaby
wszystko, aby go zobaczyć.
Ale
poczuła też złość na matkę. Największą jak do tej pory. To ona niszczyła jej
dzieciństwo, ona oddzieliła ją i tatę od Steve'ego. A kiedy Cheryl przeczytała,
jak traktowała Rillę, obudziła się w niej prawdziwie macierzyńska furia. Miała
ochot natychmiast wygarnąć matce, co o niej myśli i może trzasnąć porządnie w
tę nadętą twarz.
No
i ten przeklęty kruk. Jak to możliwe, że do niej przyleciał? Przecież gdyby jej
rodzice byli czarodziejami, wiedziałaby. Używaliby różdżek, czarowali. A przede
wszystkim uwierzyli jej. I ten wypadek mógłby mieć inne zakończenie Uwierzyli
by w jej wyjaśnienie. Nie musiałaby później tak cierpieć. Wszystko byłoby
inaczej.
Cheryl
trudno było sobie z tym poradzić. Najgorsze było to, że miała tajemnice przed
Colleen. Ta świadomość ją dobijała. A jednak... Wciąż nie mogła się zdobyć na
to, aby zaprosić ją do czytania, podzielić się z nią pamiętnikiem Rilli. Ciągle
czuła, że to sprawa między nią a Luke'iem. W końcu w jakiś pokręcony sposób
Rilla jest ich córką.
No
i właśnie czy ten pamiętnik był prawdziwy? Wszystko na to wskazywało, ale...
Trudno jest się tak po prostu z tym pogodzić. Że za dwa lata będzie się miało
dziecko z kimś, w kim nie jest nawet zakochana. Miała wrażenie, że jej życie
jest już zaplanowane, łącznie ze swoim końcem. Trudno jest w wieku nie całych
osiemnastu lat pogodzić się ze swoją śmiercią. Zaakceptować, że ma się przed
sobą maksymalnie sześć lat życia.
***
Biblioteka
uniwersytetu była wspaniała. Ogromna sala, wysokości czterech pięter. Od
podłogi, aż po sufit wznosiły się regały szczelnie zastawione książkami. Można
tam było znaleźć dosłownie wszystko. Od literatury mugolskiej zaczynając, na
księgach najczarniejszej magii kończąc. Oczywiście te ostatnie znajdowały się
na "zapleczu". Bocznej sali, wielkość zwykłej klasy lekcyjnej, do
której wejść można było wyłącznie ze specjalnym pozwoleniem. Niektóre z ksiąg
liczyły sobie nawet kilka wieków, a ich wartość z historycznego punktu widzenia
była wprost nieoszacowana.
Ale
i tak największe zdumienie wśród nowych uczniów budził sposób poruszania się po
bibliotece. Niewielki skrawek podłogi na którym stanął uczeń unosił się i
kierował do działu, który był ci potrzebny. Można było z łatwością odnaleźć
każdy tytuł, nawet jeśli byłeś wyjątkowo niski, a pożądana książka znajdowała
się na najwyższej półce. Zaś w połowie wysokości biblioteki były zawieszone w
przestrzeni stoliki z krzesłami.
Cheryl
rzadko bywała w bibliotece. Nie przepadała za książkami i nie czytała ich zbyt
wiele z własnej woli. Pojawiała się w bibliotece tylko kiedy musiała się czegoś
pouczyć, a i tak zwykle wypożyczała książki i znikała z nimi w Trzeciej Wieży.
Bibliotekarka, pani Palfreyman była kolejnym powodem dla którego Cheryl unikała
biblioteki. Na pozór miła, drobna i siwiuteńka babunia. Tak naprawdę jej
uśmiech ociekał jadem, a każde słowo sączyła niczym śmiertelną truciznę. Za
każdym razem, kiedy Cheryl stawała w progu obrzucała ją niedowierzającym
spojrzeniem, unosząc wysoko brwi. Dodatkowo pani Palfreyman miała dziwny
zwyczaj szeptania do siebie i śledzenia niektórych studentów. Cheryl należała
właśnie do tych pechowców. Nie mogła zrobić kroku w bibliotece, bez
bibliotekarki dyszącej jej w kark i jej jadowitego szeptu: "A ta znowu ty
przyszła? Czego tu szuka? Czego szuka? Zaraz się dowiemy. Co wyłania się z mroku? No
jasne, ósmy rok przerabia demony. Na pewno tego szuka. Nie przyszła tu sama.
Nigdy nie bierze niczego dla siebie. Nie lubi książek. Zła dziewczyna. Czego tu
szuka?"
Więc
i dzisiaj Cheryl przekroczyła próg biblioteki z niechęcią i mocnym
postanowieniem, że wyjdzie stąd jak najszybciej.
Szybkim
krokiem minęła fortecę pani Palfreyman i była już w połowie wysokości sali,
kiedy kobieta ją zauważyła. Cheryl porwała z półki książkę i skierowała się w
dół. W biegu upychała księgę do torby i już była za drzwiami. Cała akcja zajęła
jej około minuty. Błogosławiąc w duchu pomysł inteligentnych bramek,
które same przyporządkowywały wynoszoną książkę do ucznia udała się do Trzeciej
Wieży.
W
jednej z komnat Cheryl otworzyła Wojny międzygatunkowe.
Ze środka wysunęła się niewielka, pergaminowa karteczka. Cheryl wydała
zduszony okrzyk. Pamiętaj o
przepowiedni. głosił napis. W rogu widniał rysunek róży, niczym
podpis. Znowu. -
pomyślała Cheryl. Wojny i
cała reszta poszły w odstawkę. Myśli Cheryl natychmiast wypełniły zapamiętane
wersy. Dziewczyna była zdumiona, że udało jej się je tak dokładnie przechować w
pamięci. Odkąd usłyszała ją dziewięć lat temu praktycznie się nią nie
zajmowała. Nic z tego nie rozumiała, a nie miała czasu na zagadki. Jednak teraz
przepowiednia stała się ważniejsza. Obawiała się, że jej znaczenia
nie rozszyfruje tak łatwo. Przeznaczenie lubiło kręcić, mylić, mydlić oczy. A
ona nienawidziła mylić się.
***
Korytarze
uniwersytetu zawsze były zatłoczone. Trzeba się było przeciskać przez fale
uczniów zmierzających w różne strony. Byłeś ściskany, uderzany łokciami lub
torbami, nadeptywano ci na stopy, potrącano, czasem w dość nieprzyjemny sposób
przekonywałeś się, że twoja torba utknęła między barierkami kilka kroków
wcześniej. Uniwesytety Magii Lapseatis zdecydowanie nie narzekał na brak
uczniów.
W
tym zamieszaniu bardzo łatwo było pozostać anonimowym. Mogłeś spokojnie wręczyć
liścik miłosny swojej sympatii i nie narazić się na ryzyko wykrycia. Bo choćby
twa luba odwróciła głowę natychmiast, nie miała żadnych szans stwierdzić kim
jesteś. Oczywiście ty też miałeś niemałe problemu z wyłowieniem jej z tłumu.
Zatłoczone korytarze były jednak również obiektem działań ultra tajnej siatki
uczniowskiej. Członkowie otrzymywali skrawki pergaminu z szyfrem, z którego
czerpali informacje o następnym spotkaniu.
Cheryl
właśnie otrzymała karteczkę od jednego z informatorów. Trzy, zero, bajki. Dziewczyna
uśmiechnęła się. Uwielbiała te spotkania. Wiedziała czego się spodziewać po
Trójce.
Podniosła
rękę, tak że bransoletki znalazły się na poziomie jej ust.
-Colleen?
- powiedziała do zawieszki w kształcie klucza. -Dostałaś?
-Jasne!
Mam nawet strój.
-Ale...Bajki?
Serio?
-Za
to ich kochamy.
-Potrzebne
są takie różowe gumisie. -Colleen coś odpowiedziała, ale jej słowa były tylko
niewyraźnym szumem. Połączenie nie było doskonałe. Przekazywało tylko krótkie
zdania, końcówki dłuższych ginęły w szumie. Nie można było też prowadzić zbyt
długich rozmów, bo zawieszka przegrzewała się i przerywała połączenie. Mimo
wszystko, było to o niebo lepsze od szukania się po całym uniwersytecie.
***
Zapadał
wieczór. Słońce już zniknęło za horyzontem, ale jego ostatnie promienie wciąż
delikatnie oświetlały ziemie. Wdzierały się przez okna do uniwersytetu ledwo
oświetlając mroczne korytarze. Uczniowie przemykający się chyłkiem na spotkanie
przeklinali te plamy światła które mogłyby ich wydać. Każdy kto zauważyłby
jednego z nich po samym wyglądzie poznałby, że coś jest nie tak. A do tego nie
mogli dopuścić. Musieliby potem wymazywać mu pamięć i byłoby mnóstwo
papierkowej roboty.
Cheryl
także przemykała się korytarzami. Już na pierwszy rzut oka było wiadomo, że nie
wybierała się na korki z transmutacji. Ubrana była w złotą, balową suknię z
gorsetem i długie rękawiczki. Do tego szpilki, które dodały jej kilka
centymetrów. Zrobiła staranniejszy makijaż, a usta pomalowała na krwistą
czerwień. Okiełznała nawet swoje włosy. Część zaplotła w biegnący nieco
nad czołem warkocz, a resztę związała w wysokiego kucyka.
Zatrzymała
się tuż za drzwiami do sali na piątym piętrze. Tradycją było, że
Trójka tam organizowała spotkania. Tym razem jednak wystrój był nie do
poznania. Przestronna zwykle sala została dodatkowo powiększona. Sklepienie
podniesiono na wysokość około siedmiu metrów. Zwieszał się z niego ogromny
złoty kandelabr. Pod ścianami stały sześcioosobowe stoliki. Na każdym w wysokim
wazonie, stał bukiet kolorowych kwiatów. Środek sali przeznaczony był na
parkiet taneczny. Dopiero po chwili Cheryl dostrzegła podwyższenie w rogu, na
którym grała orkiestra. Dziewczyna prawie natychmiast zorientowała się, że to
nie są ludzie. Ich twarz były nijakie, trudno było skupić na nich wzrok, a kiedy
tylko się odwróciło natychmiast zapomniało jak wyglądali. Prawdopodobnie
zostali transmutowani z jakichś starych krzeseł, albo czegoś podobnego. Ich
jedynym zadaniem było grać na tym balu, a tuż po nim zmienią się w przedmioty.
Wszystko to było wspaniałe. Po prostu jak z bajki.
W
tym momencie Cheryl zobaczyła krzątających się po sali, chyba kelnerów. Dziewczyna
wybuchnęła śmiechem. Były to krasnoludy przebrane za krasnoludki z
"Królewny Śnieżki". Krasnoludy i krasnoludki to zupełnie różne
gatunki. Podstawowa różnica jest taka, że krasnoludy naprawdę istnieją. Mają
mniej więcej metr wysokości, są grube i mają wygląd rozbójników. I nimi też są.
Są wredne, złośliwe i okropne w każdym calu. Współcześnie preferują chodzenie w
skórach nabijanych ćwiekami, motocyklowych butach i nieprzyzwoita wręcz ilość
tatuaży. Jedyny sposób by je do czegokolwiek przekonać, to w jakiś sposób
przekupić, lub oszukać ich szefa. Pozostali członkowie bandy musza robić to
czego wymaga od nich szef, czy im się to podoba czy nie. Obecnie krążyli po
sali z niesamowicie wściekłymi minami, próbując pozabijać uczniów wzrokiem.
Prawdopodobnie udział w imprezie młodych czarodziejów był na samym szczycie
listy tego na co nie maja
ochoty. Cheryl zastanowiła się przelotnie kto i jak namówił szefa do udziału w
zabawie.
Wtedy
zauważyła Colleen. Siedziała przy jednym ze stolików razem z Luke'iem. Colleen
wyglądała jak skrzyżowanie egipskiej mumii nastolatki z modelką prosto z
okładki 'Glamore'. Prezentowało się to świetnie, ale odrobinę dziwacznie.
Natomiast Luke wyglądał jak pirat, tyle że oprócz szabli miał też różdżkę, a na
ramieniu siedział mu kruk. Cheryl podeszła do nich.
-Cześć!
Kim właściwie jesteś?
-Ja?
Czy to nieoczywiste? -zapytała Colleen. Kiedy Cheryl pokręciła głową, Colleen
otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
-Nie
mów ze nie słyszałaś o księżniczce - mumii Asenath z 'Bajki starej Withley'! A
ty za kogo się przebrałaś?
-Nie
mów ze nie słyszałaś o Belli z 'Piękna i Bestia'!- zawołała Cheryl
przewracając oczami. W tym momencie jej wzrok padł na dziewczynę w
obcisłym, ale nie wulgarnym czarnym kombinezonie Na biodrach miała założony pas
z którego oprócz różdżki wstawał pistolet. Cheryl nie założyłaby się, że jest
sztuczny.
-Zaria
tez tu jest? - zdziwiła się. -Kto ja zaprosił? -w odpowiedzi Colleen
przewróciła oczami.
-Jest
przywódczynią Cellidusa. Musi tu być. -odparł Luke
-Nawet
tutaj przeniknęły te głupie systemy?- Cheryl pokręciła głowa z niedowierzaniem.
Zaria była wysoką Indianką, zwykle ubierała się w stylu emo z
wyjątkiem włosów, które zaplatała w warkocz, jeszcze dłuższy niż ten
Colleen. Poza tym przyszła do uniwersytetu dopiero w zeszłym roku i w
naturalny sposób w ciągu miesiąca wygryzła Nixona i została kimś w rodzaju
nieoficjalnej przywódczyni Cellidusa. Colleen nie mogła jej znieść z
kilku powodów: pierwszym był oczywiście warkocz, których przed pojawieniem się
Zarii był znakiem rozpoznawczym Colleen. Następnym było jej przywództwo w domu.
Jeszcze nie zdarzyło się, aby ktoś nowy tak szybko doszedł do władzy. Ale
najbardziej przyczyniło się do tego pewna historia.
Kiedy
tylko Zaria pojawiła się w szkole Colleen przyjęła ją bardzo ciepło. Szybko
zostały "psiapsiółkami". Colleen była przekonana, że na
nowych trzeba uważać. Starała się więc trzymać jak najbliżej Zarii. Ta
"przyjaźń" nie przetrwała nawet dwóch miesięcy. Pierwszy poważny
zgrzyt nastąpił kiedy Zaria pokonała Nixona. Colleen nie mogła
zdradzić Cheryl szczegółów (tajemnice domu są święte),
ale prawdopodobnie doszło między nimi do jakiegoś pojedynku. A
poza tym Zaria była piękna. Na równi z Colleen. Zaczęła się więc ostra
rywalizacja o tytuł najpiękniejszej dziewczyny uniwersytetu. Ostatecznie
pozostał on w udziale Colleen, ale minimalną przewagą. Dziewczyny zapałały do
siebie wrogością, ale jak przystało na Żmije nie dawały tego po sobie poznać.
Oczywiście wyłączając dom i najbliższych przyjaciół.
Cheryl
wiedziała ile Colleen kosztuje, że każdą decyzją w sprawie domu trzeba
konsultować z Zarią. Niestety Colleen była osamotniona w swoim
przekonaniu, że Zaria nie jest godną następczynią Nixona. Zdecydowana większość
stawiała ją na równi z Ash, która była legendą samą w sobie. Ash została
przywódczynią już w pierwszej klasie i nie wypuściła z rąk stanowiska, aż do
końca szkoły. Colleen i Cheryl poznały Ash w pierwszej klasie, kiedy
przywódczyni Cellidusa była na dziewiątym roku.
Według
Cheryl Zaria nie była taka zła, ale z pewnością nie była wspaniała. Denerwował
ją styl bycia dziewczyny. Zaria zachowywała się jak księżniczka, jakby była
kimś wyjątkowym, innym niż wszyscy. Zwykle trudno było się uwolnić od niej i
kręgu jej fanów. Dlatego Cheryl cieszyła się, że chociaż na te imprezy nie
miała wstępu. Do dzisiaj.
Wkrótce
Bruce Wescott, chłopak z Virilitageru przebrany za wampira porwał Colleen do
tańca. Cheryl i Luke zostali sami przy stoliku.
-Zastanawiam
się - przerwał ciszę Luke- czy ten pamiętnik jest w ogóle prawdziwy.
-Jest.
-Skąd
ta pewność? Może to po prostu głupi kawał? - Cheryl zastanowiła się nad jego
słowami. Bardzo chciała w nie uwierzyć. Nie musiałaby się już przejmować. Nie
czułaby, że jej przyszłość jest już ułożona. Nie miałaby przed sobą tylko sześciu
lat życia. To byłoby idealne wyjście z tej chorej sytuacji. Chłopak jej
najlepszej przyjaciółki nie zostałby jej przyszłym mężem. To byłoby tak
proste... Dlaczego więc nie mogła uwierzyć?
-Nie
widziałeś tego. On pojawił się na moich kolanach dosłownie znikąd. Jak to
wyjaśnisz?
-Może
to jakieś niewidzialne stworzenie?
-Niby
jakie?
-Na
przykład chochliki. Są specjalistami w psoceniu i mogą się stać niewidzialne.
-Czy
taki złożony, wręcz psychologiczny żart pasuje ci do chochlików? - zapytała
Cheryl. Luke milczał przez chwilę.
-To
może jakiś potwór? Fexdelis? Takie okrutne żarty i manipulacje są bardzo w jego
stylu. Sieje wątpliwości, burzy spokój, stwarza wręcz absurdalne
sytuacje. I nie ma widzialnej postaci.
-Potwór? A
jak miałby się dostać do naszego pociągu?
-No
to... Może... Jakiś człowiek. Rzucił na siebie zaklęcie kameleona, albo
zwodzące, albo miał pelerynę niewidkę, albo...
-A
nie uważasz, że otworzyłby sobie drzwi? - zironizowała Cheryl.
-Dlaczego
tak bardzo chcesz wierzyć, że to prawda?! - zdenerwował się Luke. - Tak ci
zależy na małżeństwie ze mną?
-Oszalałeś?!
Tego właśnie chcę uniknąć! - krzyknęła Cheryl, teraz także wściekła.
Dostrzegli, że ludzie znajdujący się najbliżej umilkli, przysłuchując się tej
wymianie poglądów. Kontynuowali więc szeptem. W tej jednej kwestii się
zgadzali: nikt nie powinien wiedzieć o pamiętniku Rilli.
-Więc
po prostu zostawmy ten cholerny pamiętnik.
-Nie
możemy, nie rozumiesz? Dlaczego tak trudno jest ci w to uwierzyć?
-Mieszkasz
w Nowym Orleanie? - zapytał nagle Luke.
-Nie,
ale po co...
-Widzisz?
Cała ta historia jest naciągana. Skąd twoja matka by się tam wzięła? I co z
twoim ojcem? - zapytał Luke. Nawet jeśli zauważył zmianę w wyrazie twarzy
Cheryl, udał, że nic się nie stało. Dziewczyna przez ułamek sekundy wyglądała
jakby dostała w twarz. Szybko jednak się opanowała i przybrała maskę
obojętności. Chociaż doskonale znała odpowiedź na te pytania zignorowała je.
-A
dlaczego to moja mugolska matka opiekuje się Rillą? Czemu nie twoi rodzice, czarodzieje?
- wysyczała Cheryl. Teraz to Luke miał problem z panowaniem nad sobą. Czy oboje mam tak pokręconą historię?
nasunęło się dziewczynie pytanie, kiedy obserwowała reakcję Luke'a.
-Jakby
mogli na pewno by to zrobili. I to o wiele lepiej niż twoja matka. - Luke prawie
wypluł te słowa, parskając jadem.
-Czemu
więc ich nie ma? Czemu Rilla ich nie zna? - prychnęła Cheryl.
-Pewnie
uprałaś się, żeby to jej powierzyć opiekę nad małą. - Cheryl prychnęła w
myślach. Jej matka była ostatnią osobą, której powierzyłaby opiekę nad
kimkolwiek.
-A
ty tak bardzo byłeś pod pantoflem, że się zgodziłeś? Cóż za powalająca odwaga.
- zironizowała Cheryl. -Dlaczego nie możesz zaakceptować, że to jedna z wersji
przyszłości? - wróciła do początkowego tematu.
-To
nie jest przyszłość, jakiej chciałby ktokolwiek.
-O
tym właśnie mówię. Trzeba wymyślić jakiś sposób, żeby to zmienić.
-A
może właśnie przez to wpakujemy się w większe bagno?
-A może właśnie dzięki temu z niego wyjdziemy? Jaki masz problem?
-A może właśnie dzięki temu z niego wyjdziemy? Jaki masz problem?
-Po
prostu nie chcę umrzeć, okay?! - krzyknął szeptem Luke i Cheryl
zamilkła. Co miała powiedzieć? Na takie wyznanie nie ma dobrej odpowiedzi.
W tym momencie Colleen opadła na krzesło obok i przerwała niezręczną ciszę.
-Uwielbiam tańczyć. Mogłabym tak spędzić całą noc. - oznajmiła dziewczyna zerkając z ukosa na Luke'a.
-Cieszę się, że ci się podoba. - powiedział, a w jego głosie wciąż słychać było nutę złości. Colleen westchnęła.
-No, ale sama nie będę tańczyć. - dodała patrząc na niego wymownie. Chłopak mruknął coś zatopiony w myślach.
Cheryl przez chwilę rozważała, czy nie pomóc mu jakoś. Przecież to było, aż zbyt oczywiste, że Colleen oczekuje na taniec. Jednak Luke zdawał się tego nie zauważać. Mogłaby dyskretnie kopnąć go w nogę. Mogłaby też syknąć mu radę do ucha, przecież siedziała bliżej niego niż Colleen. Mogła, a jednak... Miała doskonały ubaw obserwując tę sytuację. W jej planach na ten rok nie leżało ułatwienie czegokolwiek Luke'owi. Skrzyżowała więc ręce na piersi i obserwowała rozwój wypadków.
-Cudownie mi się tańczyło z Bruce'em. - oznajmiła Colleen starając się wzbudzić zazdrość chłopaka. Bez skutku.
-Szkoda, że nie ma tutaj więcej takich chłopaków. Prawdziwych gentelmenów.- także tym razem nie osiągnęła zamierzonego rezultatu.
-Żałuję, że nie mam partnera... - przeciągnęła coraz intensywniej wpatrując się w Luke'a. Cheryl prychnęła w myślach. Jak to możliwe, że trafił do Cellideusa? Domu dla sprytnych, bystrych osób. Jakim cudem nie odczytał tak oczywistych sygnałów?
-Czy ty nie w ogóle słuchasz? - zapytała wreszcie zirytowana Colleen.
-Oczywiście! Od kilku minutach smęcisz jak cudownie tańczyło ci się z Wescott'em. - Cheryl żałowała, że nie ma popcornu. Robiło się coraz ciekawiej.
-Więc..?
-Co: więc?
-Może wziąłbyś z niego przykład?
-Niby w czym?
W tym momencie Colleen opadła na krzesło obok i przerwała niezręczną ciszę.
-Uwielbiam tańczyć. Mogłabym tak spędzić całą noc. - oznajmiła dziewczyna zerkając z ukosa na Luke'a.
-Cieszę się, że ci się podoba. - powiedział, a w jego głosie wciąż słychać było nutę złości. Colleen westchnęła.
-No, ale sama nie będę tańczyć. - dodała patrząc na niego wymownie. Chłopak mruknął coś zatopiony w myślach.
Cheryl przez chwilę rozważała, czy nie pomóc mu jakoś. Przecież to było, aż zbyt oczywiste, że Colleen oczekuje na taniec. Jednak Luke zdawał się tego nie zauważać. Mogłaby dyskretnie kopnąć go w nogę. Mogłaby też syknąć mu radę do ucha, przecież siedziała bliżej niego niż Colleen. Mogła, a jednak... Miała doskonały ubaw obserwując tę sytuację. W jej planach na ten rok nie leżało ułatwienie czegokolwiek Luke'owi. Skrzyżowała więc ręce na piersi i obserwowała rozwój wypadków.
-Cudownie mi się tańczyło z Bruce'em. - oznajmiła Colleen starając się wzbudzić zazdrość chłopaka. Bez skutku.
-Szkoda, że nie ma tutaj więcej takich chłopaków. Prawdziwych gentelmenów.- także tym razem nie osiągnęła zamierzonego rezultatu.
-Żałuję, że nie mam partnera... - przeciągnęła coraz intensywniej wpatrując się w Luke'a. Cheryl prychnęła w myślach. Jak to możliwe, że trafił do Cellideusa? Domu dla sprytnych, bystrych osób. Jakim cudem nie odczytał tak oczywistych sygnałów?
-Czy ty nie w ogóle słuchasz? - zapytała wreszcie zirytowana Colleen.
-Oczywiście! Od kilku minutach smęcisz jak cudownie tańczyło ci się z Wescott'em. - Cheryl żałowała, że nie ma popcornu. Robiło się coraz ciekawiej.
-Więc..?
-Co: więc?
-Może wziąłbyś z niego przykład?
-Niby w czym?
-W tańcu! - zirytowała się Colleen. Luke zrobił wielkie oczy.
-Co ty... - wreszcie doznał olśnienia. - Zatańczysz ze mną, o nadobna pani? - zapytał kłaniając się nisko. Colleen uśmiechnęła się i podała mu rękę. Cheryl przez chwilę zaniepokoiło, że był to prawie identyczny ukłon do tego, który złożył w jej stronę w Trzeciej Wieży. Odrzuciła od siebie te myśli w momencie, w którym pojawił się przed nią Hudson Everest z Urbanoru w przebraniu księcia i poprosił do tańca.
***
Wieczór mijał w cudownej atmosferze. Cheryl często była zapraszana do tańca. Jednak mimo wszystko żałowała, że nie ma z nią Darrel'a. Kiedy obserwowała Colleen i Luke'a czuła ukłucie zazdrości. Czemu nie jest na miejscu Colleen? Czemu to nie ona wiruje w tańcu ze swoim chłopakiem?
- Max! Hej Max! - zawołała Cheryl na widok przystojnego chłopaka o ciemnej karnacji z domu Sów. Chłopak zatrzymał się i spojrzał przez ramię. Gdy zobaczył Cheryl zmarszczył brwi. Cheryl podeszła do niej żwawym krokiem.
- Cześć. Wiem, że mnie nie znasz, ale Darrel mi o tobie mówił, więc...
- Znam cię. - przerwał jej Max a w jego głosie zabrzmiał chłód.
- A... Skąd? - spytała zbita z tropu Cheryl
- Jestem przyjacielem Darrela, wiele mi o tobie opowiadał. Czuję się jakbyśmy byli blisko, chociaż rozmawiamy pierwszy raz w życiu. - odparł wciąż tym samym chłodnym tonem.
- Tak... No więc chciałam...
- I to nie tylko on mi o tobie opowiadał. Wiele osób... Mój brat, przyjaciel od dzieciństwa, dobry kolega, kuzyn... Mogłabyś wreszcie zniknąć z horyzontu.
- Co? Chyba czegoś nie rozumiem.
- Zdziwiłbym się gdybyś zrozumiała.
- Czy ja coś ci kiedyś zrobiłam? Jeśli tak oświeć mnie proszę i będzie po sprawie.
- Mi osobiści nic. - odparł wpychając ręce do kieszeni.
- Więc jaki masz problem? - spytała zirytowana
- Po prostu... Mam dość jak wszyscy naokoło mnie ciągle mówią o tobie. Znam o wiele więcej szczegółów z twojego życia, niżbym chciał. I czy mogłabyś z łaski swojej opanować tą dziwną manię spotykania się ze swoimi chłopakami, kiedy jestem tuż obok? Naprawdę nie mam ochoty tego oglądać. Nawet najmniejszej. Ale czego właściwie ode mnie chciałaś? - Cheryl milczała przez kilka sekund. Z otwartymi ustami wpatrywała się w Max'a starając się przetworzyć te rewelacje.
- Tak... No więc... Tak... Chciałam zapytać czy mógłbyś... Czy mógłbyś zaprosić Darrel'a na te imprezy? No wiesz... Jesteś z jego domu, więc... no... więc możesz. - odparła w końcu Cheryl mając niezrozumiałe trudności ze złożeniem poprawnego zdania. Max prychnął cicho.
- I co oni w tobie widzą? O co ten cały szum? - mruknął pod nosem, ale nie dość cicho, aby Cheryl go nie usłyszała.
- A co to niby miało znaczyć? - spytała zaczepnie, krzyżując ręce na piersi.
- Jakiś problem? - zapytał Luke pojawiając się znikąd i stając tuż za Cheryl. Max zmierzył go taksującym spojrzeniem.
-Chyba faktycznie przyda się tu Darrel. Żeby ten tu nie musiał się wtrącać. - powiedział i odszedł.
-Mój ty rycerzu na czarnym koniu. - powiedziała Cheryl przewracając oczami i stając twarzą do Luke'a.
-Czemu czarnym?
-Bo czarny kot przynosi pecha, ale na kocie raczej nie da się jeździć. - odparła Cheryl i odeszła zostawiając lekko skołowanego Luke'a.
***
Znowu w Trzeciej Wieży. Znowu tylko we dwoje. Znowu z pamiętnikiem jak z bombą. Znowu...
Kochani rodzicie,
jestem czarodziejką, wiecie? Pewnie tak... Ale ja dopiero się dowiedziałam. Poinformowała mnie o tym Tammar, blada jak kreda. Jej akurat nie podejrzewam o nadmierne poczucie humoru. I wiecie co? Jutro mamy jechać na zakupy. Po te wszystkie śmieszne rzeczy. Różdżki, szaty, księgi, oczy ropuchy...
-Oczy ropuchy? - zdziwił się Luke. Cheryl wzruszyła ramionami.
-Sam przeczytaj, jeśli mi nie wierzysz. Luke z nieufną miną wyciągnął rękę po pamiętnik. Cheryl oddała go z pewnym trudem. Nie chciała się z nim rozstawać. Trzymając go czuła się, jakby trzymała Rillę. Biedną, zagubioną sierotkę, swoją najukochańszą córkę.
***
Znowu w Trzeciej Wieży. Znowu tylko we dwoje. Znowu z pamiętnikiem jak z bombą. Znowu...
Kochani rodzicie,
jestem czarodziejką, wiecie? Pewnie tak... Ale ja dopiero się dowiedziałam. Poinformowała mnie o tym Tammar, blada jak kreda. Jej akurat nie podejrzewam o nadmierne poczucie humoru. I wiecie co? Jutro mamy jechać na zakupy. Po te wszystkie śmieszne rzeczy. Różdżki, szaty, księgi, oczy ropuchy...
-Oczy ropuchy? - zdziwił się Luke. Cheryl wzruszyła ramionami.
-Sam przeczytaj, jeśli mi nie wierzysz. Luke z nieufną miną wyciągnął rękę po pamiętnik. Cheryl oddała go z pewnym trudem. Nie chciała się z nim rozstawać. Trzymając go czuła się, jakby trzymała Rillę. Biedną, zagubioną sierotkę, swoją najukochańszą córkę.
♪ ♪ ♪
Cześć... Nie jestem zadowolona z tego rozdziału. Krótki, bez sensu i ogólnie jakiś nijaki. Nie mam chęci. Już tworzę nową historię, bo pomysły na tą zniknęły. Ale będę próbować. Nawet jeśli nie mam dla kogo. A swoją drogą to dziwne, wyświetlenia idą w górę jak burza, dobijamy już do 500 a komentarze? Ani widu ani słychu.
Vanila Charms