poniedziałek, 9 listopada 2015

3. Nocą




Nocą w uniwersytecie panuje rozkoszna cisza. Śpiący uczniowie nie mogą hałasować. Zaszyci w swoich sypialniach nauczyciele nie złoszczą się, próbując zapanować nad młodzieżą. Idealną ciszę zakłóca tylko od czasu do czasu szelest piór kruków wylatujących przez okna ptaszarni, albo miarowy stukot butów samotnego nauczyciela, który patroluje korytarze. Jego zadaniem jet dopilnować, aby żaden z uczniów nie przebywał poza swoim domem.
A jednak Cheryl kpiła sobie z nich siedząc na dachu uniwersytetu. Spoglądała na gwiazdy i wysyłała do nich swoje myśli. Wiatr, który zawsze wieje na takiej wysokości zdawała się ją otulać. Jak ramiona prawdy, które nie słodzą, ale przygotowują na to co będzie. Cheryl kochała noc, bo miała wrażenie, że tylko ona naprawdę ją rozumie.
Wreszcie Cheryl nie musiała udawać. Łzy mogły swobodnie płynąc po jej policzkach. Nikt nie mógł jej zobaczyć i ocenić. Mogła wylać swoje smutki przed gwiazdami, a potem, rano znów być twarda.
Cheryl bolało to, że jej matka nie ma w swoim domu żadnego jej zdjęcia. To prawda, że rozstały się dziesięć lat temu i to w dość burzliwy sposób. Cheryl dłużej już żyła bez niej, niż z nią. Ale żeby udawać, że jej nigdy nie było? To nigdy nie przyszłoby Cheryl do głowy. Ona wciąż miała zdjęcie jak całą rodziną byli na pikniku: ona, tata, matka i Steve. Kiedy przeczytała, że matka wymazała ją całkowicie jakaś zimną ręka ścisnęła serce dziewczyny.
No i Steve... Rilla pisała, że dom był pusty, że prócz niej i Tammar nie było nikogo, więc gdzie był on? Przecież powinien mieć wtedy dwadzieścia cztery lata. No i wciąż był niepełnosprawny. Czy matka zostawiłaby go? Czy nie miałaby gdzieś jego zdjęcia? Czy nie dzwoniłaby? Czy przez ten tydzień, żadne z nich nie odwiedziło się nawzajem? Cheryl bardzo się o niego martwiła. Oddałaby wszystko, aby go zobaczyć.
Ale poczuła też złość na matkę. Największą jak do tej pory. To ona niszczyła jej dzieciństwo, ona oddzieliła ją i tatę od Steve'ego. A kiedy Cheryl przeczytała, jak traktowała Rillę, obudziła się w niej prawdziwie macierzyńska furia. Miała ochot natychmiast wygarnąć matce, co o niej myśli i może trzasnąć porządnie w tę nadętą twarz.
No i ten przeklęty kruk. Jak to możliwe, że do niej przyleciał? Przecież gdyby jej rodzice byli czarodziejami, wiedziałaby. Używaliby różdżek, czarowali. A przede wszystkim uwierzyli jej. I ten wypadek mógłby mieć inne zakończenie Uwierzyli by w jej wyjaśnienie. Nie musiałaby później tak cierpieć. Wszystko byłoby inaczej.
Cheryl trudno było sobie z tym poradzić. Najgorsze było to, że miała tajemnice przed Colleen. Ta świadomość ją dobijała. A jednak... Wciąż nie mogła się zdobyć na to, aby zaprosić ją do czytania, podzielić się z nią pamiętnikiem Rilli. Ciągle czuła, że to sprawa między nią a Luke'iem. W końcu w jakiś pokręcony sposób Rilla jest ich córką.

No i właśnie czy ten pamiętnik był prawdziwy? Wszystko na to wskazywało, ale... Trudno jest się tak po prostu z tym pogodzić. Że za dwa lata będzie się miało dziecko z kimś, w kim nie jest nawet zakochana. Miała wrażenie, że jej życie jest już zaplanowane, łącznie ze swoim końcem. Trudno jest w wieku nie całych osiemnastu lat pogodzić się ze swoją śmiercią. Zaakceptować, że ma się przed sobą maksymalnie sześć lat życia.

***

Biblioteka uniwersytetu była wspaniała. Ogromna sala, wysokości czterech pięter. Od podłogi, aż po sufit wznosiły się regały szczelnie zastawione książkami. Można tam było znaleźć dosłownie wszystko. Od literatury mugolskiej zaczynając, na księgach najczarniejszej magii kończąc. Oczywiście te ostatnie znajdowały się na "zapleczu". Bocznej sali, wielkość zwykłej klasy lekcyjnej, do której wejść można było wyłącznie ze specjalnym pozwoleniem. Niektóre z ksiąg liczyły sobie nawet kilka wieków, a ich wartość z historycznego punktu widzenia była wprost nieoszacowana.
Ale i tak największe zdumienie wśród nowych uczniów budził sposób poruszania się po bibliotece. Niewielki skrawek podłogi na którym stanął uczeń unosił się i kierował do działu, który był ci potrzebny. Można było z łatwością odnaleźć każdy tytuł, nawet jeśli byłeś wyjątkowo niski, a pożądana książka znajdowała się na najwyższej półce. Zaś w połowie wysokości biblioteki były zawieszone w przestrzeni stoliki z krzesłami.
Cheryl rzadko bywała w bibliotece. Nie przepadała za książkami i nie czytała ich zbyt wiele z własnej woli. Pojawiała się w bibliotece tylko kiedy musiała się czegoś pouczyć, a i tak zwykle wypożyczała książki i znikała z nimi w Trzeciej Wieży. Bibliotekarka, pani Palfreyman była kolejnym powodem dla którego Cheryl unikała biblioteki. Na pozór miła, drobna i siwiuteńka babunia. Tak naprawdę jej uśmiech ociekał jadem, a każde słowo sączyła niczym śmiertelną truciznę. Za każdym razem, kiedy Cheryl stawała w progu obrzucała ją niedowierzającym spojrzeniem, unosząc wysoko brwi. Dodatkowo pani Palfreyman miała dziwny zwyczaj szeptania do siebie i śledzenia niektórych studentów. Cheryl należała właśnie do tych pechowców. Nie mogła zrobić kroku w bibliotece, bez bibliotekarki dyszącej jej w kark i jej jadowitego szeptu: "A ta znowu ty przyszła? Czego tu szuka? Czego szuka? Zaraz się dowiemy. Co wyłania się z mroku? No jasne, ósmy rok przerabia demony. Na pewno tego szuka. Nie przyszła tu sama. Nigdy nie bierze niczego dla siebie. Nie lubi książek. Zła dziewczyna. Czego tu szuka?"
Więc i dzisiaj Cheryl przekroczyła próg biblioteki z niechęcią i mocnym postanowieniem, że wyjdzie stąd jak najszybciej.
Szybkim krokiem minęła fortecę pani Palfreyman i była już w połowie wysokości sali, kiedy kobieta ją zauważyła. Cheryl porwała z półki książkę i skierowała się w dół. W biegu upychała księgę do torby i już była za drzwiami. Cała akcja zajęła jej około minuty. Błogosławiąc w duchu pomysł inteligentnych bramek, które same przyporządkowywały wynoszoną książkę do ucznia udała się do Trzeciej Wieży.
W jednej z komnat Cheryl otworzyła Wojny międzygatunkowe. Ze środka wysunęła się niewielka, pergaminowa karteczka. Cheryl wydała zduszony okrzyk. Pamiętaj o przepowiedni. głosił napis. W rogu widniał rysunek róży, niczym podpis. Znowu. - pomyślała Cheryl. Wojny i cała reszta poszły w odstawkę. Myśli Cheryl natychmiast wypełniły zapamiętane wersy. Dziewczyna była zdumiona, że udało jej się je tak dokładnie przechować w pamięci. Odkąd usłyszała ją dziewięć lat temu praktycznie się nią nie zajmowała. Nic z tego nie rozumiała, a nie miała czasu na zagadki. Jednak teraz przepowiednia stała się ważniejsza. Obawiała się, że jej znaczenia nie rozszyfruje tak łatwo. Przeznaczenie lubiło kręcić, mylić, mydlić oczy. A ona nienawidziła mylić się.

***

Korytarze uniwersytetu zawsze były zatłoczone. Trzeba się było przeciskać przez fale uczniów zmierzających w różne strony. Byłeś ściskany, uderzany łokciami lub torbami, nadeptywano ci na stopy, potrącano, czasem w dość nieprzyjemny sposób przekonywałeś się, że twoja torba utknęła między barierkami kilka kroków wcześniej. Uniwesytety  Magii Lapseatis zdecydowanie nie narzekał na brak uczniów.
W tym zamieszaniu bardzo łatwo było pozostać anonimowym. Mogłeś spokojnie wręczyć liścik miłosny swojej sympatii i nie narazić się na ryzyko wykrycia. Bo choćby twa luba odwróciła głowę natychmiast, nie miała żadnych szans stwierdzić kim jesteś. Oczywiście ty też miałeś niemałe problemu z wyłowieniem jej z tłumu. Zatłoczone korytarze były jednak również obiektem działań ultra tajnej siatki uczniowskiej. Członkowie otrzymywali skrawki pergaminu z szyfrem, z którego czerpali informacje o następnym spotkaniu.
Cheryl właśnie otrzymała karteczkę od jednego z informatorów. Trzy, zero, bajki. Dziewczyna uśmiechnęła się. Uwielbiała te spotkania. Wiedziała czego się spodziewać po Trójce.
Podniosła rękę, tak że bransoletki znalazły się na poziomie jej ust.
-Colleen? - powiedziała do zawieszki w kształcie klucza. -Dostałaś?
-Jasne! Mam nawet strój.
-Ale...Bajki? Serio?
-Za to ich kochamy.
-Potrzebne są takie różowe gumisie. -Colleen coś odpowiedziała, ale jej słowa były tylko niewyraźnym szumem. Połączenie nie było doskonałe. Przekazywało tylko krótkie zdania, końcówki dłuższych ginęły w szumie. Nie można było też prowadzić zbyt długich rozmów, bo zawieszka przegrzewała się i przerywała połączenie. Mimo wszystko, było to o niebo lepsze od szukania się po całym uniwersytecie.

***

Zapadał wieczór. Słońce już zniknęło za horyzontem, ale jego ostatnie promienie wciąż delikatnie oświetlały ziemie. Wdzierały się przez okna do uniwersytetu ledwo oświetlając mroczne korytarze. Uczniowie przemykający się chyłkiem na spotkanie przeklinali te plamy światła które mogłyby ich wydać. Każdy kto zauważyłby jednego z nich po samym wyglądzie poznałby, że coś jest nie tak. A do tego nie mogli dopuścić. Musieliby potem wymazywać mu pamięć i byłoby mnóstwo papierkowej roboty.
Cheryl także przemykała się korytarzami. Już na pierwszy rzut oka było wiadomo, że nie wybierała się na korki z transmutacji. Ubrana była w złotą, balową suknię z gorsetem i długie rękawiczki. Do tego szpilki, które dodały jej kilka centymetrów. Zrobiła staranniejszy makijaż, a usta pomalowała na krwistą czerwień. Okiełznała nawet swoje włosy. Część zaplotła w biegnący nieco nad czołem warkocz, a resztę związała w wysokiego kucyka.
Zatrzymała się tuż za drzwiami do sali na piątym piętrze. Tradycją było, że Trójka tam organizowała spotkania. Tym razem jednak wystrój był nie do poznania. Przestronna zwykle sala została dodatkowo powiększona. Sklepienie podniesiono na wysokość około siedmiu metrów. Zwieszał się z niego ogromny złoty kandelabr. Pod ścianami stały sześcioosobowe stoliki. Na każdym w wysokim wazonie, stał bukiet kolorowych kwiatów. Środek sali przeznaczony był na parkiet taneczny. Dopiero po chwili Cheryl dostrzegła podwyższenie w rogu, na którym grała orkiestra. Dziewczyna prawie natychmiast zorientowała się, że to nie są ludzie. Ich twarz były nijakie, trudno było skupić na nich wzrok, a kiedy tylko się odwróciło natychmiast zapomniało jak wyglądali. Prawdopodobnie zostali transmutowani z jakichś starych krzeseł, albo czegoś podobnego. Ich jedynym zadaniem było grać na tym balu, a tuż po nim zmienią się w przedmioty. Wszystko to było wspaniałe. Po prostu jak z bajki.
W tym momencie Cheryl zobaczyła krzątających się po sali, chyba kelnerów. Dziewczyna wybuchnęła śmiechem. Były to krasnoludy przebrane za krasnoludki z "Królewny Śnieżki". Krasnoludy i krasnoludki to zupełnie różne gatunki. Podstawowa różnica jest taka, że krasnoludy naprawdę istnieją. Mają mniej więcej metr wysokości, są grube i mają wygląd rozbójników. I nimi też są. Są wredne, złośliwe i okropne w każdym calu. Współcześnie preferują chodzenie w skórach nabijanych ćwiekami, motocyklowych butach i nieprzyzwoita wręcz ilość tatuaży. Jedyny sposób by je do czegokolwiek przekonać, to w jakiś sposób przekupić, lub oszukać ich szefa. Pozostali członkowie bandy musza robić to czego wymaga od nich szef, czy im się to podoba czy nie. Obecnie krążyli po sali z niesamowicie wściekłymi minami, próbując pozabijać uczniów wzrokiem. Prawdopodobnie udział w imprezie młodych czarodziejów był na samym szczycie listy tego na co nie maja ochoty. Cheryl zastanowiła się przelotnie kto i jak namówił szefa do udziału w zabawie.
Wtedy zauważyła Colleen. Siedziała przy jednym ze stolików razem z Luke'iem. Colleen wyglądała jak skrzyżowanie egipskiej mumii nastolatki z modelką prosto z okładki 'Glamore'. Prezentowało się to świetnie, ale odrobinę dziwacznie. Natomiast Luke wyglądał jak pirat, tyle że oprócz szabli miał też różdżkę, a na ramieniu siedział mu kruk. Cheryl podeszła do nich.
-Cześć! Kim właściwie jesteś?
-Ja? Czy to nieoczywiste? -zapytała Colleen. Kiedy Cheryl pokręciła głową, Colleen otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
-Nie mów ze nie słyszałaś o księżniczce - mumii Asenath z 'Bajki starej Withley'! A ty za kogo się przebrałaś?
-Nie mów ze nie słyszałaś o Belli z 'Piękna i Bestia'!- zawołała Cheryl przewracając oczami. W tym momencie jej wzrok padł na dziewczynę w obcisłym, ale nie wulgarnym czarnym kombinezonie Na biodrach miała założony pas z którego oprócz różdżki wstawał pistolet. Cheryl nie założyłaby się, że jest sztuczny.
-Zaria tez tu jest? - zdziwiła się. -Kto ja zaprosił? -w odpowiedzi Colleen przewróciła oczami.
-Jest przywódczynią Cellidusa. Musi tu być. -odparł Luke
-Nawet tutaj przeniknęły te głupie systemy?- Cheryl pokręciła głowa z niedowierzaniem. Zaria była wysoką Indianką, zwykle ubierała się w stylu emo z wyjątkiem włosów, które zaplatała w warkocz, jeszcze dłuższy niż ten Colleen. Poza tym przyszła do uniwersytetu dopiero w zeszłym roku i w naturalny sposób w ciągu miesiąca wygryzła Nixona i została kimś w rodzaju nieoficjalnej  przywódczyni Cellidusa. Colleen nie mogła jej znieść z kilku powodów: pierwszym był oczywiście warkocz, których przed pojawieniem się Zarii był znakiem rozpoznawczym Colleen. Następnym było jej przywództwo w domu. Jeszcze nie zdarzyło się, aby ktoś nowy tak szybko doszedł do władzy. Ale najbardziej przyczyniło się do tego pewna historia.
Kiedy tylko Zaria pojawiła się w szkole Colleen przyjęła ją bardzo ciepło. Szybko zostały "psiapsiółkami". Colleen była przekonana, że na nowych trzeba uważać. Starała się więc trzymać jak najbliżej Zarii. Ta "przyjaźń" nie przetrwała nawet dwóch miesięcy. Pierwszy poważny zgrzyt nastąpił kiedy Zaria pokonała Nixona. Colleen nie mogła zdradzić Cheryl szczegółów (tajemnice domu są święte), ale prawdopodobnie doszło między nimi do jakiegoś pojedynku. A poza tym Zaria była piękna. Na równi z Colleen. Zaczęła się więc ostra rywalizacja o tytuł najpiękniejszej dziewczyny uniwersytetu. Ostatecznie pozostał on w udziale Colleen, ale minimalną przewagą. Dziewczyny zapałały do siebie wrogością, ale jak przystało na Żmije nie dawały tego po sobie poznać. Oczywiście wyłączając dom i najbliższych przyjaciół.
Cheryl wiedziała ile Colleen kosztuje, że każdą decyzją w sprawie domu trzeba konsultować z Zarią. Niestety Colleen była osamotniona w swoim przekonaniu, że Zaria nie jest godną następczynią Nixona. Zdecydowana większość stawiała ją na równi z Ash, która była legendą samą w sobie. Ash została przywódczynią już w pierwszej klasie i nie wypuściła z rąk stanowiska, aż do końca szkoły. Colleen i Cheryl poznały Ash w pierwszej klasie, kiedy przywódczyni Cellidusa była na dziewiątym roku.
Według Cheryl Zaria nie była taka zła, ale z pewnością nie była wspaniała. Denerwował ją styl bycia dziewczyny. Zaria zachowywała się jak księżniczka, jakby była kimś wyjątkowym, innym niż wszyscy. Zwykle trudno było się uwolnić od niej i kręgu jej fanów. Dlatego Cheryl cieszyła się, że chociaż na te imprezy nie miała wstępu. Do dzisiaj.
Wkrótce Bruce Wescott, chłopak z Virilitageru przebrany za wampira porwał Colleen do tańca. Cheryl i Luke zostali sami przy stoliku.
-Zastanawiam się - przerwał ciszę Luke- czy ten pamiętnik jest w ogóle prawdziwy.
-Jest.
-Skąd ta pewność? Może to po prostu głupi kawał? - Cheryl zastanowiła się nad jego słowami. Bardzo chciała w nie uwierzyć. Nie musiałaby się już przejmować. Nie czułaby, że jej przyszłość jest już ułożona. Nie miałaby przed sobą tylko sześciu lat życia. To byłoby idealne wyjście z tej chorej sytuacji. Chłopak jej najlepszej przyjaciółki nie zostałby jej przyszłym mężem. To byłoby tak proste... Dlaczego więc nie mogła uwierzyć?
-Nie widziałeś tego. On pojawił się na moich kolanach dosłownie znikąd. Jak to wyjaśnisz?
-Może to jakieś niewidzialne stworzenie?
-Niby jakie?
-Na przykład chochliki. Są specjalistami w psoceniu i mogą się stać niewidzialne.
-Czy taki złożony, wręcz psychologiczny żart pasuje ci do chochlików? - zapytała Cheryl. Luke milczał przez chwilę.
-To może jakiś potwór? Fexdelis? Takie okrutne żarty i manipulacje są bardzo w jego stylu. Sieje wątpliwości, burzy spokój, stwarza wręcz absurdalne sytuacje. I nie ma widzialnej postaci.
-Potwór? A jak miałby się dostać do naszego pociągu?
-No to... Może... Jakiś człowiek. Rzucił na siebie zaklęcie kameleona, albo zwodzące, albo miał pelerynę niewidkę, albo...
-A nie uważasz, że otworzyłby sobie drzwi? - zironizowała Cheryl.
-Dlaczego tak bardzo chcesz wierzyć, że to prawda?! - zdenerwował się Luke. - Tak ci zależy na małżeństwie ze mną?
-Oszalałeś?! Tego właśnie chcę uniknąć! - krzyknęła Cheryl, teraz także wściekła. Dostrzegli, że ludzie znajdujący się najbliżej umilkli, przysłuchując się tej wymianie poglądów. Kontynuowali więc szeptem. W tej jednej kwestii się zgadzali: nikt nie powinien wiedzieć o pamiętniku Rilli.
-Więc po prostu zostawmy ten cholerny pamiętnik.
-Nie możemy, nie rozumiesz? Dlaczego tak trudno jest ci w to uwierzyć?
-Mieszkasz w Nowym Orleanie? - zapytał nagle Luke.
-Nie, ale po co...
-Widzisz? Cała ta historia jest naciągana. Skąd twoja matka by się tam wzięła? I co z twoim ojcem? - zapytał Luke. Nawet jeśli zauważył zmianę w wyrazie twarzy Cheryl, udał, że nic się nie stało. Dziewczyna przez ułamek sekundy wyglądała jakby dostała w twarz. Szybko jednak się opanowała i przybrała maskę obojętności. Chociaż doskonale znała odpowiedź na te pytania zignorowała je.
-A dlaczego to moja mugolska matka opiekuje się Rillą? Czemu nie twoi rodzice, czarodzieje? - wysyczała Cheryl. Teraz to Luke miał problem z panowaniem nad sobą. Czy oboje mam tak pokręconą historię? nasunęło się dziewczynie pytanie, kiedy obserwowała reakcję Luke'a.
-Jakby mogli na pewno by to zrobili. I to o wiele lepiej niż twoja matka. - Luke prawie wypluł te słowa, parskając jadem.
-Czemu więc ich nie ma? Czemu Rilla ich nie zna? - prychnęła Cheryl.
-Pewnie uprałaś się, żeby to jej powierzyć opiekę nad małą. - Cheryl prychnęła w myślach. Jej matka była ostatnią osobą, której powierzyłaby opiekę nad kimkolwiek.
-A ty tak bardzo byłeś pod pantoflem, że się zgodziłeś? Cóż za powalająca odwaga. - zironizowała Cheryl. -Dlaczego nie możesz zaakceptować, że to jedna z wersji przyszłości? - wróciła do początkowego tematu.
-To nie jest przyszłość, jakiej chciałby ktokolwiek.
-O tym właśnie mówię. Trzeba wymyślić jakiś sposób, żeby to zmienić.
-A może właśnie przez to wpakujemy się w większe bagno?
-A może właśnie dzięki temu z niego wyjdziemy? Jaki masz problem?
-Po prostu nie chcę umrzeć, okay?! - krzyknął szeptem Luke i Cheryl zamilkła. Co miała powiedzieć? Na takie wyznanie nie ma dobrej odpowiedzi.
W tym momencie Colleen opadła na krzesło obok i przerwała niezręczną ciszę.
-Uwielbiam tańczyć. Mogłabym tak spędzić całą noc. - oznajmiła dziewczyna zerkając z ukosa na Luke'a.
-Cieszę się, że ci się podoba. - powiedział, a w jego głosie wciąż słychać było nutę złości. Colleen westchnęła.
-No, ale sama nie będę tańczyć. - dodała patrząc na niego wymownie. Chłopak mruknął coś zatopiony w myślach.
Cheryl przez chwilę rozważała, czy nie pomóc mu jakoś. Przecież to było, aż zbyt oczywiste, że Colleen oczekuje na taniec. Jednak Luke zdawał się tego nie zauważać. Mogłaby dyskretnie kopnąć go w nogę. Mogłaby też syknąć mu radę do ucha, przecież siedziała bliżej niego niż Colleen. Mogła, a jednak... Miała doskonały ubaw obserwując tę sytuację. W jej planach na ten rok nie leżało ułatwienie czegokolwiek Luke'owi. Skrzyżowała więc ręce na piersi i obserwowała rozwój wypadków.
-Cudownie mi się tańczyło z Bruce'em. - oznajmiła Colleen starając się wzbudzić zazdrość chłopaka. Bez skutku.
-Szkoda, że nie ma tutaj więcej takich chłopaków. Prawdziwych gentelmenów.- także tym razem nie osiągnęła zamierzonego rezultatu.
-Żałuję, że nie mam partnera... - przeciągnęła coraz intensywniej wpatrując się w Luke'a. Cheryl prychnęła w myślach. Jak to możliwe, że trafił do Cellideusa? Domu dla sprytnych, bystrych osób. Jakim cudem nie odczytał tak oczywistych sygnałów?
-Czy ty nie w ogóle słuchasz? - zapytała wreszcie zirytowana Colleen.
-Oczywiście! Od kilku minutach smęcisz jak cudownie tańczyło ci się z Wescott'em. - Cheryl żałowała, że nie ma popcornu. Robiło się coraz ciekawiej.
-Więc..?
-Co: więc?
-Może wziąłbyś z niego przykład?
-Niby w czym?
-W tańcu! - zirytowała się Colleen. Luke zrobił wielkie oczy.
-Co ty... - wreszcie doznał olśnienia. - Zatańczysz ze mną, o nadobna pani? - zapytał kłaniając się nisko. Colleen uśmiechnęła się i podała mu rękę. Cheryl przez chwilę zaniepokoiło, że był to prawie identyczny ukłon do tego, który złożył w jej stronę w Trzeciej Wieży. Odrzuciła od siebie te myśli w momencie, w którym pojawił się przed nią Hudson Everest z Urbanoru w przebraniu księcia i poprosił do tańca.
***
Wieczór mijał w cudownej atmosferze. Cheryl często była zapraszana do tańca. Jednak mimo wszystko żałowała, że nie ma z nią Darrel'a. Kiedy obserwowała Colleen i Luke'a czuła ukłucie zazdrości. Czemu nie jest na miejscu Colleen? Czemu to nie ona wiruje w tańcu ze swoim chłopakiem? 
- Max! Hej Max! - zawołała Cheryl na widok przystojnego chłopaka o ciemnej karnacji z domu Sów. Chłopak zatrzymał się i spojrzał przez ramię. Gdy zobaczył Cheryl zmarszczył brwi. Cheryl podeszła do niej żwawym krokiem.
- Cześć. Wiem, że mnie nie znasz, ale Darrel mi o tobie mówił, więc...
- Znam cię. - przerwał jej Max a w jego głosie zabrzmiał chłód. 
- A... Skąd? - spytała zbita z tropu Cheryl
- Jestem przyjacielem Darrela, wiele mi o tobie opowiadał. Czuję się jakbyśmy byli blisko, chociaż rozmawiamy pierwszy raz w życiu. - odparł wciąż tym samym chłodnym tonem.
- Tak... No więc chciałam...
- I to nie tylko on mi o tobie opowiadał. Wiele osób... Mój brat, przyjaciel od dzieciństwa, dobry kolega, kuzyn... Mogłabyś wreszcie zniknąć z horyzontu.
- Co? Chyba czegoś nie rozumiem.
- Zdziwiłbym się gdybyś zrozumiała.
- Czy ja coś ci kiedyś zrobiłam? Jeśli tak oświeć mnie proszę i będzie po sprawie.
- Mi osobiści nic. - odparł wpychając ręce do kieszeni.
- Więc jaki masz problem? - spytała zirytowana
- Po prostu... Mam dość jak wszyscy naokoło mnie ciągle mówią o tobie. Znam o wiele więcej szczegółów z twojego życia, niżbym chciał. I czy mogłabyś z łaski swojej opanować tą dziwną manię spotykania się ze swoimi chłopakami, kiedy jestem tuż obok? Naprawdę nie mam ochoty tego oglądać. Nawet najmniejszej. Ale czego właściwie ode mnie chciałaś? - Cheryl milczała przez kilka sekund. Z otwartymi ustami wpatrywała się w Max'a starając się przetworzyć te rewelacje.
- Tak... No więc... Tak... Chciałam zapytać czy mógłbyś... Czy mógłbyś zaprosić Darrel'a na te imprezy? No wiesz... Jesteś z jego domu, więc... no... więc możesz. - odparła w końcu Cheryl mając niezrozumiałe trudności ze złożeniem poprawnego zdania. Max prychnął cicho.
- I co oni w tobie widzą? O co ten cały szum? - mruknął pod nosem, ale nie dość cicho, aby Cheryl go nie usłyszała.
- A co to niby miało znaczyć? - spytała zaczepnie, krzyżując ręce na piersi. 
- Jakiś problem? - zapytał Luke pojawiając się znikąd i stając tuż za Cheryl. Max zmierzył go taksującym spojrzeniem.
-Chyba faktycznie przyda się tu Darrel. Żeby ten tu nie musiał się wtrącać. - powiedział i odszedł.
-Mój ty rycerzu na czarnym koniu. - powiedziała Cheryl przewracając oczami i stając twarzą do Luke'a.
-Czemu czarnym?
-Bo czarny kot przynosi pecha, ale na kocie raczej nie da się jeździć. - odparła Cheryl i odeszła zostawiając lekko skołowanego Luke'a.

***

Znowu w Trzeciej Wieży. Znowu tylko we dwoje. Znowu z pamiętnikiem jak z bombą. Znowu...
Kochani rodzicie,
jestem czarodziejką, wiecie? Pewnie tak... Ale ja dopiero się dowiedziałam. Poinformowała mnie o tym Tammar, blada jak kreda. Jej akurat nie podejrzewam o nadmierne poczucie humoru. I wiecie co? Jutro mamy jechać na zakupy. Po te wszystkie śmieszne rzeczy. Różdżki, szaty, księgi, oczy ropuchy...
-Oczy ropuchy? - zdziwił się Luke. Cheryl wzruszyła ramionami.
-Sam przeczytaj, jeśli mi nie wierzysz. Luke z nieufną miną wyciągnął rękę po pamiętnik. Cheryl oddała go z pewnym trudem. Nie chciała się z nim rozstawać. Trzymając go czuła się, jakby trzymała Rillę. Biedną, zagubioną sierotkę, swoją najukochańszą córkę.


♪ ♪ ♪

Cześć... Nie jestem zadowolona z tego rozdziału. Krótki, bez sensu i ogólnie jakiś nijaki. Nie mam chęci. Już tworzę nową historię, bo pomysły na tą zniknęły. Ale będę próbować. Nawet jeśli nie mam dla kogo. A swoją drogą to dziwne, wyświetlenia idą w górę jak burza, dobijamy już do 500 a komentarze? Ani widu ani słychu.


Vanila Charms





src='http://code.jquery.com/jquery-latest.js'/>